KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Zbiór opowiadań „Cykl Pogoni” to informator literacki o naszym wschodnim sąsiedzie. Napisany w prosty, pozbawiony stylistycznych udziwnień sposób. Jak najbliższy konwencji klasycznego opowiadania. Z wciągającymi historiami, dialogami, humorem, często czarnym humorem. Pokazujący realia białoruskiego życia z perspektywy różnych grup społecznych. Bohaterami bowiem są Białorusini mieszkający w rozmaitych częściach Białorusi, zarówno wioskach i miastach, a także Polacy, którzy z różnych powodów błąkają się po kraju ostatniego dyktatora Europy.

 

 

DWORZEC – POCIĄG – DWORZEC

Dworzec w Brześciu. Nie ma tu syfu, ani luksusu. Ot tak, jakoś nijako. Nikt nie zaczepia. Prócz paru zgarbionych babuszek oferujących czibureki prosto z pod pachy. Człapiący dwójkami milicjanci spozierają sennie na nowoprzybyłych. Podróżni to Białorusini, Rosjanie i obywatele republik azjatyckich. Taszczą cziemodany, toczą wózki, dźwigają pudła. Gdy wjeżdża pociąg z Polski, peron zaludnia się mrowiem twarzy. Słychać postękiwania i krótkie komendy – Bystriej Jura! Pada’j Sasza! Trwa akcja desantu masy towaru na inny peron. Przeładunek nie jest starannie zaplanowany ale skuteczny. Po paru chwilach torby ze słoniną, glazurą, pięciolitrowe baniaki z oliwą, stosy gumofilców i inne dobro z Polski, stoi i czeka na transport w głąb republiki. Tragarze spoceni, gaszą pragnienie piwem i co chwilę spluwają na tory. Ich kobiety siedzą na torbach i łuszczą słonecznik. Stygną po niedawnej dawce adrenaliny. Na dworcu robi się cicho, ot tak, jakoś nijako.

Wreszcie jest! Pociąg do Mińska. Wchodzę do wagonu i szukam przedziału. Okazuje się jednak, że cały wagon jest jednym wielkim przedziałem. Wyposażonym w krzesełka, stoły różnej wielkości i długie ławy, pełniące funkcję łóżek. Panuje atmosfera sprzyjająca szybkiej integracji. Nikomu nie przeszkadza grupowe gnieżdżenie się na małej powierzchni. Jedni – zanurzeni po szyję w pościeli smacznie śpią, gdy obok grupa „siabrów” gra w karty i pije gorzałkę. Tuż za nimi mężczyzna namiętnie rozwiązuje krzyżówkę, a dalej stadko kobiet impulsywnie rozprawia o prozie białoruskiego życia.

Kilkadziesiąt osób przebywających w zamkniętej przestrzeni wydziela zapachy. Ludzie pachną tu inaczej. Wynika to z innych preferencji żywieniowych. Na stołach widzę czosnek, cebulę, słoninę, suszoną rybę  i wódkę.

– Pan, pij! – powiedział siedzący obok Grisza podając mi szklankę wódki. Wypiłem 1/2 i zagryzłem dymką, wczuwając się w tutejsze klimaty.

– Polsza to ładna kraina! Polaki dobryja ludzi! – stwierdził Pietia, kompan Griszy.

– No, no – bąknąłem, gdyż kompilacja cebuli z ognistą wypalała mój przełyk. Panowie wznieśli szklanice – Za Polszu! – rzekli. – Za Biełaruś! – odrzekłem. Wypiliśmy. Grisza z Pietią zagryźli jajeczkiem, a ja połknąłem pół Hoopa.

– My pracawali w Piasecznie dwa hody. Na budowie. Dobrze płacił Polak. Ale teraz najechało Ukraińców. Pracują za pół ceny. – powiedział Grisza.

– A dokąd panowie jadą? – zapytałem.

– Do Rasiji, do samego Petersburga. Tam można teraz dobrze zarobić. W Biełarusi płocho z dobrą pracą. – odpowiedzieli. Zapanowała cisza, bo co mogłem powiedzieć? Że w Polsce też jest teraz ciężko z pracą? Chwyciliśmy za szklanki i wypiliśmy. Od razu poczuliśmy się lepiej.

– A pan w biznesie do Mińska? – zagaił Pietia.

– Jadę do Połocka. Jestem turystą. – Grisza zaczął drapać się po szyi, a twarz Pieti wyrażała naturalne zdziwienie.

– A co konkretnie? – zapytał delikatnie Grisza.

– Jak to co? Będę zwiedzał zabytki, muzea. Pogawędzę z ludźmi. Porobię zdjęcia.

– Zdymki ?

– No, fotografie.

Przez resztę podróży piliśmy. Kompani ograniczyli swoją wylewność, prawdopodobnie podejrzewając mnie o szpiegostwo. Nie przestali jedynie wychwalać Polski i Polaków.

Późnym wieczorem docieram do Mińska. Przechodzę na inny peron i lokuję się w pociągu do Połocka. O północy wyruszam w ośmiogodzinną podróż. W  kuszetce oprócz mnie są jeszcze dwie osoby. Małżeństwo w średnim wieku. Ona – rozczochrana, pyzata, ze złością na twarzy i pierzyną na ciele. On – łysy, wąsaty, nieruchomy, przykryty kocem sapie jak lokomotywa. Wdrapuję się na piętrowe łóżko. Kobieta gasi światło. Po pięciu minutach jestem mokry. „Kurwa jak tu gorąco!”- myślę. Nie przesadzając 40 stopni. Szarpię za okno, następnie wieszam się na nim, ale ani drgnie.

– Okna są zakręcone, bo jest sezon zimowy – informuje z przekąsem kobieta. „Sezon zimowy? Przecież jest koniec kwietnia!”- myślę. Siadam na łóżku, zdejmuję koszulkę i wykręcam. Uchylam drzwi i słyszę głos zirytowanego babsztyla. „Grażdanin! Zakryjtie dzwiery, przeciąg!”. O nie babo! Ja też lubię ciepło, ale z tobą jest coś nie tak, albo się odchudzasz – pomyślałem i wyszedłem.

Po korytarzu wałęsają się jedynie milicjanci i niedobitki białoruskiej armii. Między dwoma wagonami siedzi starszy mężczyzna. Panuje tu przyjemny chłodek. Po prostu wieje z nieszczelnych przegubów. Siadam naprzeciwko człowieka w czapce – uszance na której naszyta jest gwiazda. Z ust wystaje mu i permanentnie dymi „biełomor”. Taki białoruski „popularny”. Ubrany jest w zielony, wojskowy płaszcz, bryczesy i zdezelowane, przypominające żołnierskie buty. Gra na harmoszce. Miarowy stukot szyn miesza się z żywymi radzieckimi pieśniami. Między nami nie ma potrzeby rozmowy. Tylko co chwilę gawędzą oczy. Popijam kwas chlebowy. On gra, a ja czuję się jakbym jechał na front.

Między nami przemaszerowuje milicjant. Chodzi co 10 minut do toalety. Mijając nas, za każdym razem spogląda na mnie. Za którymś z kolei razem mówi: – Pan chodź do mnie. Jest sam w przedziale. Zaczyna trochę jak służbista. Pyta skąd, gdzie, dlaczego jadę? Odpowiadam mu opisowo. Kiedy przechodzę do snucia opowieści o ponad tysiącletniej historii znamienitego Połocka, milicjant ziewając nalewa do szklanic wódkę. Tak naprawdę nie sprowadza mnie przecież do swojego przedziału, żeby przeprowadzać śledztwo, a tym bardziej wysłuchiwać bajek. Potrzebuje po prostu towarzystwa. Podczas picia udziela mi rad  jak się zachowywać w Połocku. Według Andrusia, Połock należy do kilku miast na Białorusi, gdzie jest najmniejsza liczba milicjantów. Dlatego jest tam niebezpiecznie. Mówię Andrusiowi, że nie z jednego pieca chleb jadłem i opowiadam o wojażach po Europie Zachodniej. Kiedy wymieniam kraje w których byłem, andrusiowa gęba rozszerza się co raz bardziej.

– Ja był tylko w Rasiji – mówi.

– Głosuj na Łukaszenkę to będziesz cały czas w Rasiji. – mówię i gryzę się w język. Andruś dziwnie patrzy na mnie, o czymś myśli. Chyba nie sypnie mnie na posterunku i nie wrzucą mnie na dołek? Szybko polewam i podaję szklanicę Andrusiowi. Andruś w milczeniu wypija, po czym mówi: – Podciągnę się 40 razy na drążku.

– Nu,  maładziec!! – entuzjastycznie kwituję i urywa mi się film.

Budzi mnie konduktorka informując, że jesteśmy w Połocku. Andrusia już nie ma. Zabieram plecak ze swojego przedziału i opuszczam termiczny sarkofag. Rozglądam się. Na bocznicach widzę tysiące ociekających rosyjską ropą cystern. Przepojony białoruską gorzałką, kuśtykam do budynku dworca. Pierwsza myśl jaka mi przychodzi to „walnąć się na ławie”. Niestety w  poczekalni są tylko dwie. Na jednej siedzą starsze babulinki, na drugiej zaś tnie komara Walery Szczukin, były parlamentarzysta. Obecnie bezdomny, gdyż administracja Łukaszenki pozbawiła go mieszkania, by nie mógł kandydować w kolejnych wyborach. Nie pozostaje mi nic innego jak opuścić ten przybytek. Otwieram drzwi i zatrzymuję się na schodach. Wyciągam półtoralitrową „Krynicę” i zraszam wnętrzności. Przede mną park. Z cokołu spogląda dobrotliwie Lenin, a wokół mnie zaczynają krążyć młodzieńcy w dresopodobnych ubiorach.

BŁĘKITNA FURGONETKA

Szarzało. Deszcz zacinał przechodniów. Było ich zresztą, co raz mniej. Zimno i chłód odstraszały amatorów spacerów. Szli tylko ci, którzy na piechotę wracali z pracy, lub młodzież, której aura nie przeszkadzała w realizowaniu swoich celów.

Oleg i Dima dwudziestoletni skini o prorosyjskich preferencjach spacerowali w poszukiwaniu ofiary. W zrusyfikowanym Brześciu, gdzie mieszkała spora populacja Rosjan naprawdę ciężko o nie homo-sovieticusa. Żeby znaleźć kogoś odpowiedniego do napierdolenia trzeba było nieźle się nachodzić. Przeszli już Maszerowa, Lenina, Oktiabrskuju i oprócz babuli z wioski, która zaczepiła ich pytając gwarą białoruską o drogę na dworzec nikogo godnego pobicia nie spotkali.

Oleg to syn małżeństwa wojskowych, którzy stacjonowali w brzeskiej bazie wojskowej, w czasach imperium radzieckiego. Obecnie ojciec Olega pracował w obwodowym KGB, a matka wykładała nowy przedmiot „ideologię państwową” w białoruskich szkołach. Rodzice Dimy, etniczni Białorusini z okolic Nowolitouska czuli się bardziej radzieckimi ludźmi. Byli też marzycielami. Śnili o powrocie imperium. Na razie jako substytut musiał im wystarczyć Aleksander Grigoriewicz Łukaszenka.

Chłopacy niewątpliwie byli z tych, którzy na pytanie „Skąd wiecie, że nie ma Boga”, odpowiadali szczerze „Przecież nasi kosmonauci latali w kosmos i nie widzieli”.

– Bladź! Nudno w tym Brześciu! Sami nastojaszczyja ludzi. – stwierdził Dima

– No, bladź! Łuka za bardzo przycisnął nacjonalistyczno – opozycyjną swołocz! Siedzą w jamach i srają w gacie! – dodał Oleg.

Skręcili w boczną ulicę, gdzie nie było żywej duszy. Szli chwilę w milczeniu, dopóki Oleg nie podniósł wzroku i nie zobaczył…

– Patrz! – wykrzyknął podniecony.

Dima na początku nie zrozumiał. Zobaczył kawałek muru i biegnącego po nim kota. Nawet przeszło mu przez myśl „To co mamy już koty napierdalać?” Zreflektował się i ponownie spojrzał na mur. Przeliterował – „Żyvie Biełaruś!”- napisane było na murze. „A to skurwysyny fasady niszczą!” Symultanicznie wystartowali w kierunku napisu. Zaczęli kopać, pluć i bluzgać, ale napis wciąż istniał. Rozejrzeli się po okolicy. Po drugiej stronie ulicy trwały jakieś wykopy. Podbiegli. Leżała tam masa różnorodnego sprzętu budowlanego. Porzucone kaski, kable, łopaty i wiadra, ale uwagę skinów przyciągnęło wiertło. Całkiem spore wiertło. Co najmniej dwumetrowe. Podnieśli je, chwycili jak wojowie taran i natarli na parkan. Posypały się odłamki cegieł. Czynność powtarzali cyklicznie. Było przy tym sporo rabanu. Za którymś tąpnięciem  wyłonił się człowiek.

– Rebiata wy zdureli! Państwową własność niszczycie! Milicja już jedzie ! – powiedział zdenerwowany.

Skini spojrzeli na siebie, wypuścili z rąk wiertło i czmychnęli.

Kamienni żołnierze z brzeskiej twierdzy już zasypiali. Gasły oświetlające ich reflektory. Łukaszenka zaczął oszczędzać od czasu energetycznej wojny z Moskwą. Braterska integracja nie jawiła się sielanką. Moskale to w końcu nie pierdoły, nie będą wiecznymi sponsorami miłośników kartofla.

Dima i Oleg szli zrezygnowani. Dzień bez bęcków był dla nich straconym dniem. Dla podreperowania samopoczucia postanowili wstąpić do spożywczego. Krasawica ze złotym uśmiechem stała za ladą i patrzyła na dział przemysłowy. Krzątał się tam magazynier Alosza. Akurat sprzedawał trumnę i było z tym trochę zamętu, ponieważ trumna z wystawy była ostatnia i pełniła funkcję półki. Leżały na niej zeszyty, pocztówki, zaproszenia ślubne, papeteria i inne artykuły papiernicze, które trzeba było usunąć.

Kiedy podeszli skini, Krasawica patrzyła więc na Aloszę z którym niedawno przyjemnie spędziła czas na zapleczu.

-Diewuszka dawaj „stolicznuju” i dwa piwa „Baltika” – powiedział Oleg.

Krasawica przeżywała w myślach swój ostatni orgazm dlatego nie słyszała Olega.

– Aliena! Co z tobą! Nam się pić chce! – dorzucił Dima, machając ręką przed oczyma ekspedientki.

Krasawica ochłonęła i spojrzała na skinów tak jakby widziała ich po raz pierwszy w życiu.

– A to wy chłopaki? To co wczoraj tak? – potrząsnęła głową i dodała – Tylko, że nie ma już „Baltiki”.

– Nie ma „Baltiki”? – zapytał stwierdzając Oleg. – Jak to nie ma „Baltiki”? – zapytał konkretnie.

– No nie ma, wyszła i jakiś czas nie będzie. Ale jest nowa marka naszej „Krynicy”.

– Krynicy? – zdziwił się Oleg. – Ja piję tylko rosyjską „Baltikę”- powiedział.

– Nasza „Krynica” nie jest gorsza- powiedziała Krasawica

Oleg się wkurwił i kopnął w bok lady. – Nie ma „Baltiki” i nie będzie? Tak?- rzekł.

Krasawica postawiła na ladzie wódkę i dwie „Krynice”- Tak mówili – odrzekła unosząc ramiona.

– Weźmy to Oleg  i spłuczmy gardła. Czy to ważne czym będziemy popijać?

– Ważne nie ważne, ale ty Aliena – mówił Oleg chwytając ekspedientkę za szyję i w tym momencie pojawił się Alosza, który skończył obsługiwać klientów. Alosza złapał za szyję Olega. Dima doskoczył do przeciwnika chwycił go za włosy i pociągnął o ladę. Oswobodzony Oleg chwycił Aloszę za fraki i razem z Dimą wyciągnęli go na sklepową podłogę. Posypały się kopnięcia. W brzuch, głowę, plecy, piersi, genitalia, kolana, uda i piszczele. Aliena zawyła. Skini się zmęczyli. Wzięli butelki z lady i wyszli.

Deszcz przeistoczył się w ulewę. Skini po stu metrach byli przemoczeni. Skryli się na osiedlowym placu zabaw. Pod kapeluszem muchomora-zadaszenia zbudowanego na potrzeby bawiących się tam za dnia dzieci.

– Bladź! Jak mnie duży paluch napierdala! – skamlał Dima, głaszcząc się po stopie.

Oleg jeszcze ciężko dyszał i odpalał zmokłego papierosa. Zaciągnął się mocno i odkręcił butelkę wódki. – Bladź! Nie wzięliśmy kubeczków! – powiedział i wziął łyka prosto z butelki. Dima również sięgnął po butelkę. Wypili pół. Zapalili. Każdy klął coś pod nosem. Wypili drugie pół i otworzyli piwa, żeby zapić.

– Nienajgorsza ta „Krynica”- stwierdził Oleg.

– To po co tak się spiąłeś?! – wyrzucił Dima

Oleg długo pociągał z butelki „Krynicę”. Splunął resztkami piwa i falą zebranej śliny.

– No wiesz kurwa, tak wyszło nie!

– Pijmy i chodźmy naprawdę komuś wpierdolić! – zakończył Dima.

Skini ruszyli. Minęli blokowiska . Szli pośród różnorakiej maści domków. Znajdowali się już daleko od swojego rewiru. Byli zdeterminowani, ale niepewność terenu, deprymowała ich. Jednocześnie nieuchronność celu trzymała. Przemieszczali się, bo musieli coś ze sobą zrobić. Nie czuli się gierojami, ale mogli nimi być. Piaszczysta ulica leciała w dół. Zaczęli zbiegać chociaż nie chcieli, ale spadek terenu zmuszał do przyśpieszenia. Na końcu drogi znajdowało się rozwidlenie. Na rozwidleniu, pod drzewem stał facet, który szczał i śpiewał. Nucił piosenkę NRM-u „Katuj, ratuj”

Skini odruchowo kucnęli.

– Kurwa! To jest nasz zjeb! – szepnął Oleg – Słyszysz to co ja?

– Wiesz co? Słyszę, ale już nie jestem pewny, czy on jest do najebania?

– Co jest z tobą?! Słyszysz co on śpiewa? To kutafiejec faszystowski!

– A no. Jakoś tak ubrany na biało-czerwono-biało. Zwalmy go, ale najpierw zagadajmy.

– A o co mam go niby pytać?! Co ty Dima miękniesz?

– Ja? Nie!

– Ruszamy?

– No.

Zaczęli biec w stronę chłopaka załatwiającego swoją potrzebę. Tuż przed nim, zatrzymali się by coś jeszcze bluznąć i wówczas przystąpić do akcji.

Sikający chłopak odwrócił się i spokojnie powiedział – „No, witam panów! Będziemy mieć dzisiaj przyjemny wieczór.

Skinom jakoś  tak odrętwiały ręce. Spojrzeli na chłopaka, który patrzył gdzieś za nich. Odruchowo odwrócili głowy. Na poboczu stała błękitna furgonetka. Wyszło z niej trzech dobrze umięśnionych chłopaków. Kazali wsiadać do samochodu. Samochód ruszył z piskiem opon.

Na pace furgonetki było zupełnie ciemno. Odbijali się od jednej do drugiej ściany samochodu i potykali o jakiś duży przedmiot leżący na podłodze. Do ich uszu wpompowywana była głośna hardcorova muzyka, lecąca z głośników zainstalowanych najprawdopodobniej w suficie. Skini stracili poczucie czasu i przestrzeni. Zmysły szwankowały, jedynie słuch wyłapywał pojedyncze słowa wokalisty, który gardłowym głosem i po białorusku artykułował tekst piosenki. Dimie i Olegowi wydawało się, że mowa jest o zabijaniu i grzebaniu, ale nie byli pewni bo nie znali zbyt dobrze białoruskiego. Wiedzieli tylko, że wpadli w ręce Młodego Frontu.

Furgonetka zatrzymała się i ucichła muzyka. Po chwili otworzyły się drzwi. Skini dalej nic nie widzieli. Wzrok się jeszcze nie przyzwyczaił, była noc, a poza tym miejsce w jakim się znaleźli było zapewne lasem. Nagle poraziło ich ostre światło latarek. Odezwały się głosy chłopaków z błękitnej furgonetki. Jeden powiedział, żeby wysiedli i wynieśli przedmiot leżący na podłodze samochodu. Była to trumna, jaką można kupić w sklepie spożywczo- przemysłowym.

LICEUM

Liceum powstało na początku lat dziewięćdziesiątych jako alternatywa dla istniejącego w Białorusi systemu edukacji. Rozpadał się Związek Radziecki, formowała się Republika Białoruś. Były to idealne warunki do stworzenia szkoły nowego typu. Mieliśmy możliwość wyboru nauczycieli i autorskiego stworzenia programu nauczania. Wzorowaliśmy się na programie edukacyjnym francuskich szkół średnich. Poza tym chcieliśmy, żeby to było liceum białoruskojęzyczne, aby służyć za wzór i pokazać innym, że w języku białoruskim można nauczać i otrzymać dobre wykształcenie.- Barszczeuski napił się wody i kontynuował – Z czasem polityka państwa białoruskiego zaczęła stwarzać problemy, które ograniczały możliwości swobodnego nauczania. W 1997 miała miejsce pierwsza próba zamknięcia liceum. Całe lato 1997 roku spędziliśmy pikietując. Pod koniec lata, władze poszły na kompromis i zezwoliły nam jeszcze funkcjonować.  Rok później powstał projekt podpisany przez samego Łukaszenkę, który zakładał likwidację liceum i dołączenie uczniów do rosyjskojęzycznych szkół. Zorganizowaliśmy ponownie pikiety i akcje sprzeciwu. W administracji prezydenta znaleźli się ludzie, którzy po cichu nam sprzyjali i sprawa zamknięcia szkoły odwlekła się. Przez pięć lat szkoła funkcjonowała normalnie.- Barszczeuski nabrał powietrza i mówił dalej – Zdarzyło się w zeszłym roku. Najwyższe władze postanowiły nas zlikwidować. Urzędnicy, którzy przeprowadzali likwidację szkoły byli pewni siebie, niczego nie bali się. Wiedzieli, że postanowienie dotyczące zamknięcia szkoły pochodzi z samej góry władzy. Działali bardzo cynicznie, nawet nie starali się przedstawić nam jakichkolwiek podstaw prawnych, które uzasadniałyby ich działanie. W taki sposób dzieci zostały usunięte z budynku, a nauczycieli pozbawiono możliwości pracy. Wówczas powstał pomysł, żeby liceum istniało w partyzanckich warunkach. Krótko mówiąc w podziemiu – Barszczeuski zrobił pauzę, po czym zapytał – Tyle z was starczy? – nie uzyskując od razu odpowiedzi dodał – Dobrze było?

– Dobrze, bardzo dobrze. No, może nie za bardzo to wyszło z tymi od administracji, którzy wam sprzyjali, ale to się jak by co i tak wytnie – odpowiedział Waldek, reporter polskiej telewizji – Skręćmy jeszcze parę przebitek – zwrócił się do swojego operatora.

Ludzie z telewizji zajęli się wymyślaniem atrakcyjnych ujęć. Zapomnieli o swoim rozmówcy. Barszczeuski wstał i poszedł do swojego „pokoju nauczycielskiego”, mieszczącego się dziś w kuchni. Był wkurzony, że znowu dał się namówić na wywiad. Od czasu zamknięcia liceum, stali się bardzo znani. Przyjeżdżają dziennikarze z całej Europy. Każdy szuka sensacji i chce usłyszeć tak naprawdę jak najwięcej o Łukaszence, a nie o problemach szkoły.

– Okay! Masz go w kadrze Zbychu? – zapytał Waldek.

– Tak, luzik. Możemy jechać.

– Powiedz jak masz na imię i nawijaj – Waldek zwrócił się do licealisty.

– Mam na imię Mikoła. Jestem uczniem trzeciej klasy. W Białorusi zamyka się wszystko co najlepsze. Dlatego, że wolność w naszym kraju jest obecnie niepotrzebna. Niepotrzebni są ludzie, którzy samodzielnie rozważają i myślą. U nas jest władza i żadnej alternatywy być nie może. Wszelkie przejawy alternatywnego myślenia i działania są tłamszone. Władza zawsze bała się inteligencji.

– Oki. Następny.

– Aleś. 17 lat. Myślę, że władza widzi niebezpieczeństwo w pokoleniu obecnych licealistów, którzy w przyszłości mogą stać się politykami. Politykami, którzy będą prowadzić politykę zupełnie inną od tej jaka prowadzona jest w obecnej Białorusi.

– Ekstra! Mamy jeszcze kogoś?

– Zmicier. Uczeń drugiej klasy. Słyszałem nieoficjalną wersję powodu zamknięcia szkoły, że jakoby nasze liceum było „gniazdem opozycji”, a jak wiadomo nasza władza bardzo boi się opozycji. Jako przykład mogę podać programy nadawane w białoruskiej telewizji, w których bezustannie szkaluje się  opozycję. A to znaczy, że władza jednak jej się boi. Gdyby tak nie było, administracja prezydenta w ogóle by się nią nie zajmowała.

– Dobre! Słuchajcie, przydałaby się jeszcze jakaś dziewczyna. O może ty? Tak ty, z tymi krótkimi włosami. Podejdź do nas.

Dziewczyna stanęła przed kamerą. Zbych patrząc na nią przez wizjer kamery ocenił, że jest bardzo fotogeniczna. Waldek natomiast musiał coś do niej zagadać, ponieważ dziewczyna stała i milczała. Bardzo nie lubił, kiedy tempo przeprowadzanych wywiadów nagle zwalniało.

– Jak koleżanka ma na imię?

– Tonia.

– Okay Toniu. Powiedz ile masz lat i dodaj parę słów o szkole lub opozycji.

– Jutro skończę 16 lat. To śmieszne, że władza boi się dzieci. Tym bardziej, że uczniowie którzy wstępują do liceum stają się apolityczni. Nie mają już wtedy czasu na to, żeby chodzić na mityngi, czy wiece. Pochłonięci są swoją dalszą edukacją. W liceum i w ogóle w naszym młodym życiu jest dużo ciekawszych rzeczy niż chodzenie na demonstracje i rzucanie kamieniami w milicjantów. Dlatego w zasadzie to nieprawda, że liceum stanowi wylęgarnię opozycji.

Waldek zamyślił się. To co powiedziała Tonia trochę rozbijało mu kompozycję scenariusza kiełkującego mu w głowie. Wyobraził sobie, że w reportażu licealiści będą bohaterami czynnie walczącymi z ostatnią dyktaturą w Europie.

Tonia patrzyła na Waldka. „Kolejny dupek, który przyjechał na dzień do Mińska i patrzy na wszystko przez pryzmat polityki. Ile on może mieć lat ? Pewnie trochę po trzydziestce.”- rozważała.

– Słuchaj – powiedział Waldek – Wspominałaś coś o ciekawszych sposobach spędzania czasu. Co miałaś na myśli?

– A pan jak był w moim wieku, to pewnie tylko działał w „Solidarności”? Kolportował bibułę i rzucał koktajlami w ZOMO?

Waldkowi zrobiło się gorąco i nieswojo. Kiedy miał 16 – 17 lat to myślał głównie o kolejnym wyjeździe do Jarocina, obciągnięciu jabola, przypaleniu „radomskiego” i poznaniu fajnej dziewczyny. Komuna mu zwisała tak samo jak „Solidarność”, o której tak naprawdę  dowiedział się, kiedy poszedł na studia, już w wolnej Polsce. Wówczas co drugi przechwalał się swoimi zasługami w obalaniu komunizmu. Czego oni nie opowiadali! Słuchając kolegów ze studiów, miał przed oczyma akcje w stylu Rambo. Jego walka z systemem ograniczyła się do pobicia syna miejscowego szefa ORMO, który był punkiem i doprowadzeniu do próby popełnienia samobójstwa córki miejscowego I sekretarza KC, którą przeleciał i nie miał później z nią o czym rozmawiać. Dla świętego spokoju Waldek również wymyślił jakąś heroiczną bajeczkę na potrzeby studenckich wieczorów. Zręczną opowiastkę, w którą z czasem nawet sam uwierzył. Waldek uśmiechnął się do siebie i chciał w myślach opowiedzieć sobie tę historię, gdy ktoś szarpnął go za rękaw. – Stary! Coś taką minę zrobił, jakbyś się zesrał! – Zbych gwałtownie sprowadził Waldka na ziemię. – Zwijamy majdan, jedziemy do hotelu, a wieczorem Mińsk jest nasz!

– No, no spoko  – powiedział Waldek.

Gdy wychodzili, podeszła do nich Tonia i rzekła:

– To co rzucał pan koktajlami w ZOMO?

– Nie, nie rzucałem! – odburknął Waldek.

Zbych roześmiał się. – Ale ta mała jedzie po tobie! – powiedział.

Waldek bez słowa ruszył do wyjścia. Z tyłu odezwała się Tonia.

– Już nie interesują pana ciekawsze sposoby spędzania czasu?

Waldek odwrócił się. – A co masz jakieś propozycje?

– Mogłabym pana oprowadzić po Mińsku.

Waldek zaczął się zastanawiać. Wbrew sobie powiedział – Bardzo chętnie z tobą połażę.- Wówczas Zbych wziął Waldka pod ramię i odciągnął na stronę. – Zdurniałeś! Z dzieckiem chcesz spędzić najbliższe, a zarazem ostatnie nasze godziny w Mińsku? Co ona ci pokaże? Pomnik Lenina? Może metrem pojeździcie?

– Wiesz, mam ochotę ot tak zwyczajnie połazić. Zobaczyć jak to wszystko wygląda.

– Co wygląda? Miasto jakich wiele u ruskich. Ale jakie tu diewuszki, tego jeszcze nie wiem, ale gwarantuję ci, że się dzisiaj dowiem. Nasz kierowca Ściapan, powiedział mi, że wie gdzie można dobrze się zabawić.

– Dobra Zbychu! Nie podniecaj się tak. Jakby co, to wieczorem się spotkamy. Przecież nie musimy w końcu być cały czas razem. Nie?

– Jeszcze zobaczymy. Kiedy zrobisz parę kilometrów spacerku, w grzdylu ci zaschnie i uszy zwiędną od słuchania licealnych historii, wówczas szybko zadzwonisz do wuja Zbycha. Jak sobie chcesz, ja spadam.- podniósł sprzęt i wyszedł. Waldek zamienił parę słów z Tonią, po czym również opuścili prywatne mieszkanie w bloku, które dziś pełniło funkcję szkoły

FOLWARK ADAMOWO

Żółty citroen pick-up wjeżdżając do Adamowa nie wzbudził sensacji. Pierwszego mieszkańca pasażerowie auta spotkali dopiero przy drugim okrążeniu wioski. Był to mężczyzna około pięćdziesiątki. Stał pod płotem i ocierał pot z czoła rękawem flanelowej koszuli. Gdy samochód zatrzymał się przed nim, powiedział:

– Paljaki?

– Tak – odpowiedział kierowca.

Mężczyzna zaczął z udawanym znawstwem oglądać samochód. Palcem puknął w karoserię, nogą sprawdził koło. Wlazł pod samochód, żeby obejrzeć podwozie. Kiedy wstał strzepał z ubrania piasek i starł z czoła czarną wydzielinę, która kapała z podwozia. Następnie podszedł do maski samochodu i otworzył ją. Z silnika buchnęła para. Na twarzy mężczyzny pojawił się uśmieszek.

– Który rocznik? – zapytał.

– 1970 – odpowiedział kierowca.

Paljaki a jeżdżą takim gruchotem – pomyślał mężczyzna. Szwagier chyba coś kręcił z tym polskim dobrobytem. I jak tu nie wierzyć w to co mówią w białoruskiej telewizji. Już chciał zadać pytanie, ale uprzedził go kierowca citroena:

– Szukamy tu noclegu na jedną noc. Coś się znajdzie?

– Chodźcie ze mną – powiedział mężczyzna.

Z samochodu wysiadły trzy osoby. Dwóch chłopaków i jedna dziewczyna. Mężczyzna poprowadził ich do swojej chaty. Gdy byli w środku zaczął się krzątać. Włączył radio, wygrzebał ze sterty gazet telefon i wykonał szybką nic nie znaczącą rozmowę typu „Co słychać? Jak tam dzieci?”. W rogu pokoju pod sufitem wisiały ikony, a na dole na masywnym drewnianym stole stał telewizor. Mężczyzna wręcz podbiegł do niego i przesunął wajchę. Na szklanym ekranie pojawił się prezydent Białorusi siedzący za kierownicą kombajnu. Osobiście nadzorował i uczestniczył w żniwach, wspomagając w ten sposób kołchoźników.

– Zuch z niego! – wykrzyknął mężczyzna.

– No, robi wrażenie  – rzekł Adam jednocześnie dłubiąc w nosie.

– A co z tym spaniem? – zapytał Paweł.

– Poczekajcie! Poczekajcie! Chodźcie lepiej do kuchni.

W kuchni na pierwszym planie wyeksponowana była wielka dwumetrowa lodówka –telewizor. W górną część drzwiczek wmontowany był szklany monitor. Tym razem przybysze z nieukrywanym zdziwieniem przyglądali się temu cudowi techniki.

– A to naszyja konstruktory z Mińska tak wydumali! – z dumą powiedział mężczyzna.

– Oj wydumali, wydumali – rzekł Adam jednocześnie palcami wystukując na zębach melodyjkę z rysunkowej bajki „Reksio”.

– A na jaką cholerę łączyć lodówkę z telewizorem? – zapytała Ewa.

– Aaa droga pani, to z myślą o was i dla was. Prezydent powiedział, żeby na ósmego marca przygotować jakieś urządzenie ułatwiające naszym kobietom życie. I nasi naukowcy wymyślili. Teraz kobieta przygotowując obiad, może jednocześnie oglądać np. ulubiony serial w telewizji.

– Ciekawe, ciekawe  – powiedział Adam.

– A można zobaczyć jak to działa? – zapytała Ewa.

Mężczyzna otworzył lodówkę. Wyjął duży słój ze śmietaną. Rozlał do szklanek chłodną zawiesinę i posadził gości przy stole. Z pewnym namaszczeniem zbliżył się do dwufunkcyjnego urządzenia i wcisnął guzik. Na monitorze pojawił się prezydent Białorusi. Tym razem akcja serialu toczyła się na poligonie. Aleksander Łukaszenka w wojskowym mundurze i z zawieszonym na szyi ogromnym karabinem maszynowym, strzelał w tarcze o kształcie ludzkich postaci.

– Jak pan mówił, że kobiety gotując obiad mogą jednocześnie oglądać serial, to myślałam, że ma pan na myśli coś bardziej południowoamerykańskiego? – powiedziała Ewa  – A tu w kółko ten sam facet.

– No czego ty chcesz Ewka! Spójrz na faceta. Ten czarny wąs i błysk w oku. Typowy Alfonso. Co nie Adam?

– Tak, tak. – potwierdził Adam jednocześnie robiąc sobie płukankę wykorzystując w tym celu gęstą śmietanę.

– No, tu u nas na Polesiu mamy na razie tylko jeden kanał. Ale coś mówili, że mają podłączyć niedługo jeszcze jeden. – wytłumaczył się nieco zbity z tropu mężczyzna.

Zapanowała cisza. Chłopacy z mężczyzną siorbali śmietanę, a Ewa z grzeczności udawała, że pije, ponieważ była laską dbającą o swoją figurę. W ogóle ten wyjazd na Polesie okazał się dla niej darmowym pobytem na odchudzającej farmie. W wiejskich sklepach jedynym zjadliwym produktem był chleb, a u gospodarzy kupowali słoninę, jajka, ziemniaki i suszone mięso. Także od tygodnia jadła tylko jabłka, kwaszone ogórki i czasami nieokraszone ziemniaki.

– No to jest tu gdzieś możliwość przenocowania? – przerwał ciszę Paweł.

– A po co wy tu przyjechaliście rebiata? – zripostował mężczyzna i od razu poczuł się lepiej.

– Jesteśmy studentami z Warszawy. Interesujemy się folklorem białoruskim. Spisujemy stare pieśni. Szukamy po prostu wszelakiej twórczości ludowej. – odpowiedział Paweł.

– Aaa! Studenty. Słuchajcie, ja was nie przenocuję. Dzisiaj z żoną jadę do Pińska do syna. Najlepiej popytajcie w sklepie. Tam pracuje Lena, taka obrotna żanczyna. Ona może wam pomoże.

Studenci wstali i podziękowali za śmietanę. W telewizji Łukaszenka jechał na nartorolkach po prospekcie Skaryny, głównej przecznicy Mińska. Pokazane było zbliżenie jego twarzy. Pełnej wysiłku i chęci sportowej rywalizacji. Przemierzał czterdziesty kilometr maratońskiego wyścigu. Tłumy stojące na chodnikach wiwatowały i dopingowały swojego idola. Nagle na twarzy prezydenta pojawił się rozkwaszony pomidor. Następnie na monitorze można było przeczytać napis: „Przepraszamy za usterki”. Adam, który ostatni wychodził z chaty rzucił do mężczyzny  – A internet pan ma?

Sklep był betonowym prostokątem. Obok rosło pokaźne drzewo do którego przymocowana została pocztowa skrzynka. Na ławce pod sklepem siedział siedmioletni blondasek i wcinał papierówkę. Z samochodu wysiadł tylko Adam. Miał postawione byle jak do góry włosy i przeciwsłoneczne okulary. A nie miał na sobie koszulki. Lekki wiatr muskał jego opalone ciało. Wyglądał jak dżolero. Ruszył do sklepu, przerysowanym, lekko chwiejnym krokiem hollywoodzkiego rewolwerowca. Całą drogę Adama do sklepu, szwenkował blondasek. Posuwistym ruchem szyi w bok i z rozdziawioną gębą z której wypadały kawałki lekko pogryzionej papierówki. Towarzystwo siedzące w citroenie zrywało boki ze śmiechu.

W sklepie panował półmrok, chłód i zapachowy ekstrakt wszystkich produktów.

– Dobry dzień Lena – powiedział grubym głosem Adam.

– Dobry dzień – odpowiedziała trochę zaskoczona Lena. I dygnęła jak dziewczynka. Czym sprawiła, że jej sklepowy, prawie półmetrowy czepiec zsunął się na czoło.

– Sigarety Prima dajcie – Lena postawiła paczkę na ladzie i powiedziała  – Proszę pokazać paszport?

Adam nie doszukał się w tej prośbie żadnego podstępu. Nawet trochę sobie schlebiając pomyślał, że wygląda na niepełnoletniego i dlatego sprzedawczyni prosi go o paszport. Lena otworzyła paszport i zaczęła się śmiać. Zdjęcie w paszporcie pochodziło z zamierzchłych czasów. Adam miał fryzurę w stylu Mieszka I lub jak inni mówią, był ścięty na garnek.

– Masz tyle lat co ja  – powiedziała, a Adam zauważył, że Lena zwracała się do niego na ty.

– Ale wyglądasz na młodszego Adamie.

– Ty też niczego sobie jesteś  – odwdzięczył się Adam.

W rzeczywistości Lena wyglądała na co najmniej trzydzieści lat. Spracowane ręce, pełne kształty i ubytki w uzębieniu, to wszystko znacznie ją postarzało. Adam wyjął z paczki papierosa. Odpalił i puścił parę kółek w kierunku Leny, która pilnie obserwowała jego ponętnie sformowane w tym momencie usta.

– Aż z Polski was tu przygnało?

– Szukamy plenerów do filmu –  powiedział od niechcenia Adam  – Zamierzam na Polesiu nakręcić horror.

Lena z podziwem spojrzała na Adama. Od razu wiedziała, że to ktoś niezwykły. W ciągu swojego dwudziestopięcioletniego życia w Adamowie, tylko dwa razy do wioski zawitał ktoś kto nie był kołchoźnikiem, kierowcą, listonoszem itp. Kiedy miała osiem lat przez wieś przeszła grupa liliputów, którym zatonął w bagnie wóz cyrkowy. Zbiegła się wtedy cała wieś, żeby zobaczyć dziwolągi. Trzy lata temu pojawił się i szybko zniknął Zdenek – czechosłowacki turysta. Na plecach niósł potężny plecak ze stelażem, którego zawartość pozwalała mu być samowystarczalnym. Mówił, że idzie do Petersburga oglądać jakieś muzeum. A dzisiaj trafił się reżyser filmowy. Dobrze, że pracowała w sklepie. Siedząc w kołchozie niczego by nie zobaczyła.

– Słuchaj Lena, szukamy tu noclegu. Nie przenocowałabyś nas dzisiaj u siebie? – Lena uśmiechnęła się i zaczerwieniła  – Wieczorkiem wypilibyśmy parę piwek, trochę pohulali…- łobuzersko mrugnął okiem.

– Hm? – wyartykułowała i wyobraziła sobie coś miłego.

– No to jak będzie? – dopytywał Adam.

Lena powróciła na ziemię. Pomyślała o swoim mężu, który zobaczywszy w swoim domu obcych, wściekłby się i ją zlał. Pewnie wróci z kołchozu pijany i zrobi awanturę.

– Nie, nie mogę – szybko powiedziała.

– Nie? – zdziwił się Adam i stracił chęć do grania.

– Słuchaj, nie gniewaj się, ale u mnie mąż w domu.

– Okay, rozumiem. W takim razie wezmę jeszcze dwie skrzynki „Krynicy”, likier i wódkę.

Adam włożył za pasek butelki, a w dwie ręce chwycił skrzynki z piwem. Ruszył do drzwi, które otworzyły się i weszła kobieta. Lena wylewnie się z nią przywitała. Były  koleżankami ze szkolnej ławki. Adam mocował się z drzwiami. Miał zajęte ręce, więc nogą próbował otworzyć drzwi. Lena głośno powiedziała  – Ty Zina możesz przenocować filmowców! Adam zdjął nogę z klamki i odwrócił się w stronę kobiet. – Zina mieszka sama – kontynuowała Lena. – Przenocuj ich co ci szkodzi.

– Bo ja wiem – zastanawiała się kobieta.

– Przenocuje nas pani, nas tylko trójka  – prosił Adam.

Zina chwilę pomilczała i zgodziła się.

– Dobrze. Chodźmy – powiedziała.

W momencie gdy Zina otwierała drzwi, aby objuczony Adam mógł wyjść, Lena rzuciła: – To ja wieczorem wpadnę. Będziemy hulać tak jak mówiłeś!

Zina wsiadła na rower i wolno pedałując pojechała do swojej chaty. Żółty citroen potoczył się za nią. Gospodarstwo Ziny znajdowało się w drugiej strefie wioski. Adamowo posiadało bowiem dwie przecznice. Główną, przy której znajdował się sklep i bardziej reprezentatywne chaty. I peryferyjną, gdzie chacinki kryte strzechą chyliły się ku ziemi. Posesja Ziny składała się z domu mieszkalnego, stodoły i paru chlewów. Wchodziło się wprost z piaszczystej ulicy, ponieważ nie było tu żadnego ogrodzenia, czy bramy. Ściany chaty domorosły malarz przyozdobił bajkowymi zającami. Na stodole namalowany był ogromny wilk z rosyjskiej kreskówki. W specjalnie zrobionej drewnianej zagrodzie pasły się dwie świnie. Radośnie tarzały się w spulchnionej ryjami wilgotnej ziemi. Wydeptaną ścieżynką maszerowała kacza rodzina. Na przedzie mama, a za nią gęsiego dziesięcioro malutkich kaczuszek. Kury panoszyły się po całym podwórku, paćkając je swoimi kupami. Dostojne gęsi czerpały z misek wodę i gwałtownie unosiły długie szyje, aby woda mogła spłynąć do wnętrzności. Raby kot z nudów zabawiał się swoim ogonem, a kogut od czasu do czasu piał, by przywołać do porządku rozpanoszone kwoki.

Na powitanie pani i gości wybiegła Elsa. Radośnie okrążyła wszystkich po kolei. Po merdała  ogonem i udała się w chłodny cień pod ławą. Również gospodyni zostawiła studentów samych sobie. Poszła nakarmić króliki, które drapały łapkami drucianą siatkę domagając się w ten sposób pożywienia.

Przed chatą stał duży kuchenny stół. Zastawiony był słoikami, zza których wystawała czupryna siedmioletniej Nastki – córki Ziny. Dziewczynka pochłonięta zapełnianiem słoików różnokolorowymi owocami nie zwracała uwagi na nowych. Ewa – studentka pedagogiki przysiadła się do niej z postanowieniem nawiązania szybkiej relacji. W milczeniu wkładały śliwki, wiśnie, agrest i jabłka do słoi; Nastka nie miała ochoty rozmawiać. Paweł wziął aparat fotograficzny i poszedł rozejrzeć się po okolicy. Adam w letniej kuchni pichcił obiad. Na żeliwnej patelni smażył ziemniaki ze słoniną, cebulą i jajkami. Podstawowe pożywienie Poleszuka. Kiedy wrócił Paweł, obiad był gotowy. Usilnie musieli prosić Zinę, żeby przyszła i zjadła z nimi. Nie chciała odrywać się od roboty. Właśnie tłukła kartofle dla świń.

Jedli w milczeniu. Zina bardzo szybko, bo chciała już wrócić do niedokończonej pracy. Nastka dłubała widelcem w talerzu, wyszukując bardziej przysmażonych kawałków słoniny. Ewa musiała zadowolić się marchewką. Chłopacy jedli z ochotą, bowiem wiedzieli, że potrawa nie zawiera konserwantów.

Błogość spożywania posiłku zakłóciły wrzaski dochodzące z chaty sąsiadów. Wybiegł stamtąd mężczyzna. Przeklinał swoją żonę, która również wyszła z chaty. Zamachnął się na nią, ale kobieta zrobiła unik i czmychnęła na podwórko Ziny. Mężczyzna zataczając się dotarł do rachitycznego płotku odgradzającego posesje. Próbując go sforsować, zahaczył nogawkami spodni o wystające kikuty płotu zrobionego z pozwiązywanych w pęczki gałęzi. Zaczął się szamotać, ale nie był w stanie się uwolnić. Za bardzo był pijany. Żeby sobie ulżyć, zbluzgał cały świat i wszystkie świętości. W końcu się zmęczył i usnął.

– Bladź! No żesz znowu się napił! – skarżyła się kobieta – Ja już kurwa nie wytrzymam! Dobrze zrobiłaś Zina, że swego pogoniłaś w pizdu!

Towarzystwo z Warszawy wpatrywało się w talerze.

– Ale mój to chojrak! – kontynuowała kobieta – Mówi, że to jego chata!

– Kto chojrak?! – mężczyzna się przebudził i przemówił bełkotliwym głosem.

– O kurwa! Znowu się zaczyna! – powiedziała do siebie kobieta.

Mężczyzna szarpnął swoim ciałem w tył i wylądował na swojej miedzy. Wstał i nie zwracając uwagi na porwane spodnie zerknął na gospodarstwo sąsiadki.

– A to kto job twoju mać!? Gachy jakieś! –  bluznął i zaczął szarpać płot.

– Uspokój się to Paljaki – powiedziała żona.

– Paljaki?! Bladź ubiju tych Paljakau!

Zaczął ponownie forsować płot. Widocznie mu się przypomniało, że to nie taka prosta sprawa, dlatego odwrócił się i cały czas przeklinając skierował się do czerwonego żiguli. Wsiadł, odpalił silnik i ruszył. Niestety, nie wyrobił się na zakręcie i zderzył się czołowo z dorodną topolą. Wszyscy pobiegli w kierunku wypadku. Skasowany był cały przód. Mężczyzna siedział nieruchomo z zamkniętymi oczami. Jego twarz i łysą głowę pokrywały drobinki szkła. Na czole wyrastał co raz większy guz. Mężczyzna żył. Oddychał miarowo. Zapadł ponownie w drzemkę. Tylko taką solidniejszą.

Chłopacy wyciągnęli faceta z samochodu i zanieśli do chaty. Żona zrobiła mu okład na czoło. Adam z Pawłem wrócili do stołu i otworzyli piwa. Zina powróciła do prac polowych.

Wieczorem przyszła Lena. Miała na sobie kusą sukienkę w gerbery. Poruszała się bardzo energicznie. Rozpuszczone włosy i obfite uda falowały. Podchmielony Adam przywitał ją z euforią. Po paru kieliszkach likieru „Amaretto”, Lena siedziała okrakiem na kolanach Adama. Ten ponownie uwierzył, że jest reżyserem i roztaczał wizje kolejnych swoich filmów. Paweł próbował rozmawiać z Ziną. Nie szło mu lekko, gdyż nie była zbyt gadatliwa. Dowiedział się jedynie, że dorabia w kołchozie i że mieszkańcy Adamowa już dawno temu pozbyli się ręcznie tkanych ręczników na rzecz fabrycznej produkcji. Ewa z Nastką w końcu się zaprzyjaźniły i dziewczynka na krok nie odstępowała swojej starszej koleżanki. Bawiły się w zgadywanki i w „ręce pęce w której ręce”. Ewa co jakiś czas z niesmakiem spoglądała na poczynania Adama i Leny. „Z takim wielorybem się mizdrzy, cham jeden, a ja myślałam, że ma jakieś poważne zamiary w stosunku do mnie.”- kołatało się w głowie Ewy.

Lena co raz mocniej przyciskała swoje piersi do twarzy Adama, podczas gdy ten opowiadał o fabule filmu kung – fu rozgrywającego się w poleskiej scenerii. Akurat rozpatrywał możliwość przerobienia tutejszych cepów na nunczaka i wykorzystania ich w scenach walki gdy Lena zapytała:

– Gdzie masz swoją kamerę?

Jaka napalona ta baba – pomyślał Adam. Do Ewki od tygodnia robię podchody i nic. A ta aż się prosi. Co prawda nie pierwszy to sort, ale gorąca krew w niej płynie na pewno.

– Adam? Słyszysz? Przecież jesteś filmowcem musisz mieć kamerę?

– Mam w samochodzie  – odpowiedział.

– No to chodźmy. Pokażesz i może mnie nagrasz?

Adam wyjął z samochodu zwykłą kamerę VHS. Lena chwyciła go za rękę i pociągnęła do sadu.

– Tu mnie nagrywaj! – powiedziała szybko oddychając.

Zaczęła się okręcać i wyginać. Lubieżnie podnosiła sukienkę, łapała się za piersi i podnosiła do góry. Adam patrzył przez wizjer kamery i ciśnienie mu spadało. Pomimo, że był podpity Lena wydała mu się  groteskowa i odpychająca.

– A jaki jeszcze film można nakręcić na Polesiu? – zapytała podchodząc do Adama. Stanęła na kolanach i rozpięła mu rozporek. – Jaki film Adasiu? –  Adamowi przypomniały się ubytki Leny – Zdecydowanie horror – odpowiedział i wyrwał swojego członka z ust Leny.

– A ty szto durak?! – wykrzyknęła Lena.

Adam zapiął spodnie i patrzył na Lenę.

– Nic z tego nie będzie? – zapytała niedowierzając.

Adam pokręcił głową. Lena zaczęła syczeć i szorować stopą po piachu.

– Co ja ci się nie podobam?- w jej oczach pojawiły się łzy.

– Nic z tych rzeczy. Jesteś piękną nimfą, cokolwiek by to miało znaczyć.

– To co jest nie tak?

– Wiesz Lena. Jak większość reżyserów jestem pedałem.

Lena zrobiła wielkie oczy. Zrozumiała co się kryje za tym słowem. Splunęła, odwróciła się na pięcie i poszła. – To po co ty mi głowę zawracałeś człowieku! – słychać było w ciemnościach.

Adam wrócił do stołu. Nalał sobie wódki. Zapalił papierosa. Popatrzył na gwiazdy.

– Dlaczego Lena tak się zerwała? – zapytał uśmiechając się Paweł.

Adam poskubał się po brodzie i odpowiedział: – A coś chyba przypomniała, że żelazka nie wyłączyła, a mąż w domu najebany śpi.

– Aa – Paweł kiwnął ze zrozumieniem.

Nastka zaczęła przysypiać na ramieniu Ewy. Zina wypiła z chłopakami po kieliszku wódki i zaprosiła do domu. Chata posiadała dwa pokoje. W jednym studenci rozłożyli na podłodze śpiwory. Nastka koniecznie chciała spać z Ewą i to w śpiworze jak prawdziwa skautka.

– Nie Naścia. Będziesz przeszkadzała państwu – oponowała Zina.

– Niech pani się zgodzi, dziecko będzie miało frajdę – prosiła Ewa.

– No dobrze. Niech będzie. To w takim razie w drugim pokoju będzie wolne jedno łóżko.

– Prawdziwe łóżko? To ja się piszę  – powiedział Adam. Podniósł plecak i udał się do pokoju  – Dobranoc wszystkim!

Adam nie zapalając światła rozebrał się i wskoczył pod grubą pierzynę. Wygodnie się rozłożył. Przyjemnie było leżeć w łóżku po tygodniu spania w namiocie. Gdy wszystko ucichło i tykał tylko zegar do pokoju weszła Zina, która sprawdzała czy kury są zamknięte w kurniku. Rozebrała się do naga i wskoczyła do łóżka Adama.

WIZYTÓWKI

To był Polak. Miał na imię Michał i fakultet filologii białoruskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Zanim wybrał białorutenistykę musiał wybrać organizację walczącą o wolność jakiegoś kraju. Miał do wyboru parę: FREE TYBET, FREE KAZACHSTAN, FREE BIAŁORUŚ, FREE KUBA itd. Sporo egzotyki, a wybrał jakąś szarą Białoruś… Gdy ktoś go pytał: Stary, dlaczego akurat Białoruś? Odpowiadał: No wiesz, po pierwsze mój dziadek pochodził z Grodzieńszczyzny, poza tym Polska i Białoruś mają wspólną, piękną historię. No wiesz, Rzeczpospolita Obojga Narodów, dlatego chciałbym teraz pomagać Białorusinom w odzyskaniu niezależności. Ale było coś jeszcze o czym Michał nie wspominał kiedy oficjalnie pytano go o przyczyny wyboru Białorusi. Parę lat wcześniej za namową kumpla wybrał się na koncert dwóch kapel, polskiej i białoruskiej. Jako że kumpel zaangażowany był w organizację tego koncertu to Michał miał możliwość poznania członków występujących zespołów. Tam poznał Swietę. Wokalistkę zespołu rockowego „Torpeda” Po koncercie było piwko i wspólne biesiadowanie. Po raz pierwszy miał okazję pogadać z prawdziwymi Białorusinami. Swieta i chłopaki z kapeli opowiadali, że dyktatura i cenzura jakie panują w ich kraju energetycznie wpływają na ich twórczość. Teksty i muzyka piszą się same. Przez muzykę mogą wyrażać to co ich boli i nie podoba się im w ich kraju. Michał słuchał tego i wchłaniał wszystko jak gąbka i był coraz bardziej oczarowany Swietą. I jak na polskiego, młodego szlachcica przystało zakochał się ! No ale kto by nie zakochał się w Swiecie? Świetnie się złożyło, że i Michał spodobał się Swiecie. Spędzili razem całą noc. Od tej daty, Michał uważał siebie za mężczyznę, który wie co to znaczy seks. Od tzw. „inicjacji białoruskiej” – tak sobie zapisał kiedyś w kalendarzyku.

Potem już była oczywiście działalność w organizacji FREE BIAŁORUŚ i studia białorutenistyczne. Kontakty ze Swietą radykalnie zmalały od pamiętnej nocy. Wiadomo, Swieta cały czas koncertowała więc była trudno uchwytna, ale szczepionka białoruska u Michała została.

Po studiach szukał pracy związanej z Białorusią, ale popytu na filologów białoruskich w stolicy nie było. Został kurierem rowerowym. Dalej działał w organizacji i chodził na imprezy białoruskie. Czasami dorabiał na tłumaczeniach i przy realizacji grantów związanych z demokratyzacją Białorusi. Nieoficjalnie był postrzegany jako człowiek dogłębnie znający temat białoruski. Nie z książek czy rozpraw naukowych poświęconych Białorusi, a z setek znajomych pochodzących zza wschodniej granicy. Ktoś kto przyjeżdżał do Warszawy nie mógł nie spotkać w końcu Michała. Niezależnie czy był to znany pisarz, muzyk, reżyser czy też wyrzucony z białoruskiego uniwersytetu student przyjęty na stypendium przez polską uczelnię, a przede wszystkim zwyczajni, młodzi Białorusini odwiedzający Polskę by nawdychać się swobody.  Dla każdego znajdował czas.

Raz na przykład przyjechał Andrei. Gdy był już w Warszawie zadzwonił do Michała:

– Prywiet! – powiedział po rosyjsku – Michał? Mam twój telefon od Saszy Antanienki, powiedział żeby dzwonić do ciebie, że pomożesz założyć konto w polskim banku?

– Nie ma sprawy. Spotkajmy się za godzinę  w centrum, pod palmą przy rondzie de Gaulla. – odpowiedział Michał po białorusku.

Andrei był reżyserem filmowym. Zrobił film o II wojnie światowej na Białorusi. Pokazał że była to bardziej wojna domowa, że na Białorusi wszyscy walczyli ze wszystkimi nawzajem. Oddziałów partyzanckich było dużo, ale każdy walczył o coś innego. Film zdobył parę nagród na międzynarodowych festiwalach filmowych, a na Białorusi został zakazany. Za brak patriotyzmu w obrazie. Andrei stracił możliwość robienia filmów, więc przyjechał do Polski na stypendium organizowane przez jakąś artystyczną fundację.

Spotkali się i zapoznali. W banku szybko wypełnili formalności i poszli do knajpy na Nowym Świecie  o nazwie „Inside”. Andrei potrzebował chmielu bo jak twierdził miał ciężką noc w pociągu, jechał bowiem z opozycjonistami i dużo poszło wódki przy omawianiu bieżącej sytuacji politycznej na Białorusi.

Andrei był rosyjskojęzyczny, Michał białoruskojęzyczny i nie mieli problemu z dogadaniem się tak jak to właśnie jest na Białorusi. Jedni tak, drudzy tak, a inni „trasianką” czyli mieszaniną białorusko-rosyjską, dobawioną miejscowymi dialektami. Michał zyskał u Andreja od razu szacunek za to że Polak, a tak dobrze mówi po białorusku. Wypili po parę piw i Andrei zaproponował pójście do internatu. Nowi stypendyści z bloku wschodniego organizowali wieczorek zapoznawczy.

Długi stół ustawiony na tarasie zastawiony był białoruską i ukraińską gorzałką, do tego parę win mołdawskich. Nawet głuchy wiedziałby z jakich krajów pochodzi towarzystwo. Byli to artyści, ludzie sztuki różnej maści i wielkości: malarze, tłumacze, graficy architekci, scenarzyści, designerzy, fotografowie. Przyjeżdżali tu w różnych celach. Odpocząć od rodziny, poznać Polskę, nabrać kontaktów, no i oczywiście każdy musiał zrealizować projekt.

Andrei polewał gęsto i często harełkę białoruską i horiłku ukraińską. Michał z kielichem zawsze pełnym bo uzupełnianym przez ramię Andreja uzbrojone w butelkę, krążył pomiędzy tłumaczkami, hafciarkami bo i taka się tu trafiła szukając białoruskich artystek, choćby ludowych. Bo od pamiętnego spotkania ze Swietą zadawał się tylko z Białorusinkami. Gdyby miał się żenić to też z Białorusinką. No, po prostu zakochany był w tej Białorusi! Kiedyś Dzima Volicz z Nowopołocka, rycerz bractwa „Czarny Wilk” był przejazdem w Warszawie i wpadł przenocować, a został dwa tygodnie bo musiał załatwić jakieś sprawy, któregoś wieczoru powiedział mu: Rosjanki nie bierz nigdy w życiu! Zabraniam ci! Nie chcę żeby mój przyjaciel miał zmarnowane życie. Najgorsze co może spotkać faceta to mieć ruską babę. To są lenie patentowane! Nic nie umieją zrobić, a nawet nie chcą. Zostawi ci barłóg, zabierze się i jeszcze  pójdzie! W dawnych czasach nasi przodkowie jeździli po żony specjalnie na Ukrainę. Nawet taka piękna pieśń jest o tym. I coś w tym jest. Ukrainka to jest baba proszę ciebie, ugotuje, popierze, zmyje podłogi na mokro, a wieczorem z rozkoszą da ci tego czego potrzebuje normalny facet. A jest ci u nich temperament! A Białorusinki to jeszcze inne stworzenia. Są mądre, a może inaczej, pragmatyczne. Zaprogramowane żeby przewidywać. Przez to mogą sprawiać wrażenie nieco chłodnych. Ale ciebie ciągnie do nich… A wiesz dlaczego? Bo są bardzo romantyczne.- zaśmiał się szeroko Dzima Volicz – A ty przecież jesteś polskim rycerzykiem, małym rycerzem Michałem. Czy jak tam wasz wieszcz pisał?

Na imprezie Białorusinek w jego typie nie było. Zresztą był już nieźle sponiewierowany miksturą biał-ukr-vodki także jego zaloty mogłyby być mało skuteczne. Skumał się z Yauhenem, architektem z Witebska i zaczęli bełkotać o stopniu białoruskości Chagalla w Chagallu.

Michał ocknął się w fotelu. Wokół niego siedziało towarzystwo polsko-białorusko-ukraińsko-rosyjskie. Toczyła się dyskusja o Siergieju Piaseckim, autorze „Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy”. Fakt, niezła książka o przemytnikach z Rakowa – pomyślał i zamierzał ponownie odpłynąć, ale pojawił się niezastąpiony Andrei z butelczyną cedrowej „Krambambuli” – wódki na wskroś białoruskiej bo wytwarzanej przez przedsiębiorcę  Maksima Małkina oddanego białoruskiej sprawie obywatela RB. Nie sposób było odmówić. Wypili po jednym i energetyka powróciła do ciała Michała.

– Wydaje mi się, że język białoruski jest na tyle niestety ubogi, że nie da się nim w pełni wyrazić literacko. –  powiedziała jakaś polska kuratorka czyjegoś projektu.

Michał podniósł się i wulgarnie odezwał do owej damy: Szto ty bladź piździsz?! – wszyscy zamarli, a Michał zaczął swoją pijacką w ordynarnym stylu tyradę w czystym białoruskim o szeroko rozumianej białoruskości. Ale treści nie powstydziłby się żaden białoruski nacjonalista. Zresztą grono, które tam siedziało wzięło go właśnie za jakiegoś totalnego białoruskiego nacjonalistę. Zwłaszcza Rosjanie byli przygnieceni, bo pijany Michał rozbił ich stereotyp Białorusina, który widząc z krzesła wystający gwóźdź jednak siada na nim, bo myśli, że tak może jednak trzeba. Za to Ukrainki zostały kupione w całości. Gdy już leżał samotnie i nieprzytomnie pijany na korytarzowym fotelu, okryły go kołdrą i przez chwilę patrzyły z zachwytem na białoruskiego banderowca.

Od tego czasu panowie spotykali się codziennie. Pili w „Inside” piwko i rozmawiali. Michał poznawał historię białoruskiego kina. Ciekawostki typu, że pierwszy białoruski film był o prostytutkach, albo że studio filmowe „Białoruśfilm” przez parę pierwszych lat istnienia swoją siedzibę miało nie w stolicy  Socjalistycznej Republiki Białoruś, czyli Mińsku a w dalekim Leningradzie. A Andrei chcąc nie chcąc, skoro Michał mówił tylko po białorusku sam również zaczynał dukać po białorusku. Miał przecież kiedyś parę godzin tygodniowo białoruskiego w szkole. A czego nie wiedział pomagał mu Michał. W końcu stypendium dobiegło końca i Andrei wyjechał. Dostał propozycję zrobienia komercyjnego filmu w Moskwie. Potrzebował pieniędzy, więc pojechał, ale białoruski raczej mu się tam nie przydał.

Potem przyjechała Żenia, znajoma Nadzi, która była dobrą koleżanką Michała. Żenia miała 22 lata, z włosów porobione warkoczyki, na ręku przepaskę biało-czerwono-białą i plecak. W plecaku śpiwór, sweter, majtki i skarpety. Aaa i książkę, nieoficjalne wydanie pt. „Barbarzyńskie niszczenie historycznej części Grodna”. Siedzieli razem do rana pijąc kawę, a Żenia opowiadała Michałowi o tym jak ze swoją organizacją broniła zabytki w Grodnie. Młodzi ludzie z pasją walczyli z wiatrakami bo i tak w końcu władza wyłożyła cały Plac Sowiecki w Grodnie współczesną kostką, a budynków nie rekonstruowała tylko rozwalała i stawiała imitacje a la dawne. Obywatelscy kamikadze walczyli o resztki spuścizny historycznej z władzą wywodzącą się z kołchozu, która najchętniej zaczynałaby historię Białorusi od 1994 roku. Michał przypomniał sobie pobyt w dużej wsi na Polesiu. Było to w 2000 roku. Kierowniczka miejscowego Domu Kultury oprowadziła go po całej wsi. Zajęło to parę godzin. Pokazała wielki, prężnie działający kołchoz, odwiedzili najstarsze Poleszuczki we wsi, które były w stanie zaśpiewać pieśni z motywami pogańskimi. Na koniec zaprowadziła Michała do biblioteki. Była to duża robiąca wrażenie czytelnia i biblioteka. Uwagę Michała zwrócił stos książek bezładnie leżących na ziemi w jednym z kątów. Podszedł i zaczął przeglądać. Nie były to nowe książki, ale wszystkie po białorusku. Zapytał dlaczego tu leżą. Dyrektorka biblioteki odpowiedziała, że są to już stare książki przeznaczone do kasacji. Michał dla którego książki były wartością samą w sobie, a wówczas na dodatek był w szczytowej fazie zachwytu wszystkim co „made in Białoruś” zapakował je i zaniósł do samochodu. Dyrektorka biblioteki z niedowierzaniem, ale takim raczej pozytywnym obserwowała poczynania Polaka. Gdy wrócił powiedziała mu, że mówi po białorusku nawet lepiej niż jej 12 letni syn. A skoro tak  go wszystko u nich interesuje to chętnie mu pokaże własnoręcznie zrobioną przez miejscowych uczniów historię wsi. Przyniosła księgę i położyła przed Michałem. Wykonana była z kartonowych arkuszy. Michał otworzył stronicę i zobaczył pierwsze zdanie: „Historia naszej wsi rozpoczęła się w 1918 roku…” – napisali miejscowi uczniowie.

Potem spali do południa. Żenia planowała jechać nad Bałtyk, ale było już za późno żeby iść na wylotówkę na stopa. Poszli razem do Łazienek. To był dobry pomysł Michała, ponieważ Żenia wprost piała z zachwytu na widok oswojonych wiewiórek. Karmiła je z ręki i co chwilę krzyczała do Michała: – Nie ruchajsia! Nie ruchajsia! który zmieniał swoją pozycję robiąc zdjęcia Żeni z wiewiórkami, przez co płoszył zwierzaki. Po jakimś czasie Żenia zapytała Michała: – Słuchaj miałam wrażenie, że ludzie jakoś tak dziwnie przed chwilą spoglądali na mnie. Czy coś jest nie tak?

– Ruchać to po polsku znaczy „trachać” – wyjaśnil Michał – Więc mieli prawo być zdziwieni tym twoim wykrzykiwaniem: Nie trachać! Nie trachać!

Wieczorem poszli nad Wisłę. Dzięki ludziom z Białorusi odkrywał często ciekawe miejsca w Warszawie. W nocy było tam klimatycznie. Oświetlone mosty, no i nie bójmy się tego powiedzieć, obecność Żeni sprawiały że było romantycznie.

W nocy, w mieszkaniu Michała doszło już do orgii, ale jakże romantycznej! Biało-czerwono-biała przepaska na ręce Żeni rytmicznie łopotała niczym sztandary demonstrantów na mińskiej Płoszczy, obijając się co jakiś czas o tarczę leżącego na ziemi budzika.  Michał był znowu zakochany w Białorusi. Aż po uszy czuł jej zapach.

Następnego dnia pojechali nad morze. Spędzili parę dni na plaży. Kąpali się, opalali się i rozmawiali o Białorusi, która nie ma dostępu do morza. W nocy kochali się i spali przy szumie morskich fal. Rankiem Michał wychodził do powracających z morza rybaków i prosto z kutra kupował dorsze, które następnie wspólnie z Żenią przyrządzali na ognisku. Było naturalnie i romantycznie.

Czwartego dnia na molo spotkali grupę kuglarzy. Występowali z pokazami ogniowymi. Chłopaki ziali ogniem, a dziewczyny kręciły łańcuchami z płonącymi końcówkami w rytm granej na żywo muzyki na bębnach i dudach. Była to muzyka z czasów wielkiego Księstwa Litewskiego. Okazało się, że są to znajomi Żeni. Julka szefowa całej trupy razem z Żenią broniły historycznej części Grodna. Trupa jechała z Grodna przez Polskę do Berlina na festiwal sztuki kuglarskiej. Jadąc przez Polskę zatrzymywali się w miejscach, które chcieli zobaczyć i dawali występy zarabiając na dalszą podróż. Julka zaproponowała żeby pojechali razem z nimi do Berlina. Żenia od razu się zgodziła, Michał wymiękł. Dzwonił do niego szef i prosił, aby za dwa dni był z rowerem w firmie. Żenia długo namawiała go żeby spontanicznie wyluzował z firmą kurierską, że żyje się raz, że przed nimi otwiera się droga na Berlin w którym zresztą jeszcze nigdy nie była – argumentowała. Michał się wahał. Jako kurier nie zarabiam kroci – pomyślał. Ale za cztery dni miał do niego przyjechać Arciom, młody twórca kina offowego z Mińska. Obiecał Andrejowi, że go przyjmie.

Pożegnali się bardzo czule. W tle był Bałtyk i kolorowy bus kuglarzy w stylu WLK z Grodna. Obiecali, że jak będą wracać z Berlina to odwiedzą Michała w Warszawie. Bus ruszył. Michał dotarł do Gdyni i TLK wrócił do Warszawy.

Arciom był jak dobrze prowadzony gospodarski pies. Razem jedli śniadanie, Michał otwierał mu drzwi i Arciom znikał. Wracał dopiero późnym wieczorem. Przed snem, leżąc w łóżku rozmawiali o kinie. Chciał robić filmy w stylu Antonioniego. Przyjechał do Warszawy żeby złożyć papiery do Mistrzowskiej Szkoły Wajdy. W Mińsku studiował na wydziale reżyserii filmowej w Akademii Sztuki. Był na drugim roku studiów zaocznych. Wcześniej skończył wydział malarstwa. W sytuacji politycznej na Białorusi nie orientował się zupełnie. Był na utrzymaniu rodziców, którzy byli urzędnikami w Mińsku.  Białoruś jawiła się mu stabilną i bezproblemową krainą. Był twórcą.  Posługiwał się rosyjskim, ale od pierwszego spotkania z Michałem starał się mówić po polsku. Białoruskiego nie znał wcale. Tworzyli dziwny duet. Białorusin mówił po polsku, a Polak po białorusku. Ale jakoś się dogadywali.

Któregoś dnia Arciom zadzwonił i powiedział, że jest u Zanussiego, który zaprosił go do siebie. Zanussi przygotowywał sztukę teatralną, która miała być wystawiana w Mińsku. Arciom resztę swojego pobytu w Warszawie spędził u znanego reżysera.

Po dwóch tygodniach od pobytu Michała nad morzem w jego mieszkaniu pojawiła się trupa kuglarzy grodzieńskich. Nie było wśród nich Żeni. Julka powiedziała, że Żeni trafiła się okazja zabrania się do Rzymu z trupą włoskich szczudlarzy teatralnych. Jako fascynatka historii i zabytków nie mogła przepuścić takiej okazji.

Kuglarze z Grodna zabawili parę dni. W nocy bębnili i dudarzyli, a Michał donosił z nocnego zimne browary i chciwie spijał żeby wejść w ich klimaty. W dzień występowali na warszawskiej Starówce. Dopiero jak pojechali docenił jak pięknym instrumentem są staro białoruskie dudy.

Miesiące jesienne to okres wzmożonej ilości konferencji, seminariów i paneli. Z pociągu przyjeżdżającego z Mińska, codziennie o szóstej rano na peron Dworca Centralnego wysypywali się białoruscy działacze, profesorowie, politolodzy i naukowcy. Prowadnice otwierały swoje wagony i stały z nieruchomymi twarzami. Były wśród nich młode, dojrzałe i stare. Pozowały w stylu postumentów przez dziesięć minut postoju pociągu. W swoich niebieskich mundurkach tworzyły symbiozę z niebieskością wagonów. Wokół nich panował podróżniczy rozgardiasz. Ludzie wysiadali, wynosili pakunki, torby i plecaki, a one stały. One i ich wagony.

– Niesamowite! – powiedział do siebie Michał – Zajebisty temat na zdjęcia. „Prowadnice białoruskie na trasie Mińsk – Warszawa.” Bo przecież kiedy przyjeżdżały do Mińska i otwierały wagony musiały wyglądać zupełnie inaczej – myślał – Ale jak? – próbował sobie przypomnieć momenty kiedy wysiadał w Mińsku z pociągu. Pierwsze co mu przyszło do głowy to właśnie ból głowy i niesamowita potrzeba picia. Najlepiej „Krynicy”, którą nabywał już w dworcowym bistro. Wychylał duszkiem i jak nowonarodzony przekraczał „Wrota Mińska”. Prawie zawsze integrował się z przynajmniej jednym pasażerem swojego przedziału podczas podróży do Mińska. Słowianie tak mają. Chociaż w Polsce kapitalizm i unijne normy strasznie zniszczyły i zdegradowały słowiańską tradycję bratania się i biesiadowania z nowo spotkanymi ludźmi. W TLK to strach teraz nawet wyciągnąć puszkę Żubra. Gdy Michał uświadomił sobie dlaczego nie ma w pamięci obrazu prowadnic w Mińsku podeszli do niego Uładzimir i Zmicier.

– Prywitannie nasz człowiek w Warszawie! – rzucili na powitanie. Niebieskie wagony były puste. Prowadnice prawie synchronicznie wskoczyły do wagonów i podobnie zatrzasnęły drzwi. Pociąg ruszył

– Niesamowite! – powiedział Michał. – 89 milimetrów od prowadnic – mówił do siebie, a panowie krytycy zaczęli mu machać rękami przed oczami.

– Aaa! Witam, witam! Cześć Uładź, cześć Zmicier! – zreflektował się Michał. Przyjechał na dworzec żeby odebrać dwóch krytyków muzyczno-filmowo-literackich. Chyba tak trzeba napisać. Uładź i Zmicier byli po prostu ludźmi renesansu, mogli wypowiadać się prawie na każdy temat związany z kulturą i sztuką Białorusi. Przyjechali do Warszawy na dwudniową konferencję poświeconą „Roli polskiej muzyki rockowej na obszarze Białoruskiej Republiki Radzieckiej w latach 80-tych XX wieku. Hotel mieli zarezerwowany od dwunastej. Dlatego sześć godzin czekania z walizą przy sobie na Centralnym nie było najlepszą opcją, dlatego też dogadali się z Michałem. W domu Michał przygotował śniadanie. Jajecznicę i gotowane parówki. Do tego korniszony i maślaki. Uładzimir wyjął z walizki butelkę „Bulbasza”.

– No to co tam słychać na Białorusi? – zagaił Michał.

– Na razie cicho – odpowiedział Uładzimir i podał kilonek Michałowi. – Za Warszawę! – wypili razem, a Zmicier wziął łyka kawy. Nie przepadał za alkoholem. Raz  na pól roku lubił sobie jedynie wysączyć kieliszek czerwonego wina. Opowiedzieli Michałowi o pewnej liberalizacji w dziedzinie kultury jaka zaczęła obecnie zachodzić na Białorusi. Odkąd przyszedł nowy minister kultury, który wcześniej pełnił funkcję ambasadora Białorusi w Polsce w ministerstwie zaczął obowiązywać język białoruski. Starzy urzędnicy strasznie narzekali, ale musieli opanować jakieś podstawy języka białoruskiego. Zmicier podzielił się informacją, że władze wszelkich struktur kulturalnych szukają twórców i czekają na ich projekty. Gotowi są je finansować. Uładzimir  wytłumaczył, że w dziedzinie np. filmu i teatru było już tak prymitywnie, że władze same zaczynają się zgłaszać do artystów którym wcześniej zakazywały tworzenia.

– Ale to wszystko kosmetyka – powiedział Uładź – nawet jeśli władza pozwoli realizować pewne rzeczy bez cenzury to i tak nie mamy co liczyć na film, który zostanie zauważony w Berlinie, czy Wenecji. Przedpotopowy dajmy na to Białoruśfilm należałoby najpierw wysadzić w powietrze z siedzącymi tam urzędnikami. Lej zaorać i dopiero zacząć coś tworzyć! – wypijmy powiedział. – Za ciebie Michał!

O wpół do dwunastej kiedy zaczęli się zbierać do wyjścia Zmicier nagle zzieleniał – Mój sweter – oznajmił, zapytał, powiedział.

– Co z nim? – zapytał Uładź.

– Zostawiłem w przedziale

– A dajże spokój! Ten taki szary, wyciągnięty w serek i supełkujący?

– Tak, tak, właśnie ten

– A daj spokój mówię. Jutro będziemy luźniejsi to wyskoczymy do jakiejś galerii handlowej i kupisz sobie z promocji jakiś naprawdę elegancki sweter i to jeszcze za przyzwoitą cenę.

– Ale ja mam sentyment do tego swetra – cicho powiedział Zmicier i poprawił swoje okulary.

– O żesz! Co teraz robić? – Uładź odgarnął sobie długi kosmyk siwych włosów z twarzy.

– A jaki sentyment? – z zainteresowaniem zapytał Michał, gdyż trzeba przyznać, że Zmicier bardzo zaintrygował Michała. Nawet przez głowę przeleciało mu parę możliwych opcji: dostał na gwiazdkę od babci, którą bardzo kochał, obronił w tym swetrze doktorat, no może był nawet na pierwszej randce.

– Przyjmowałem w tym swetrze chrzest – powiedział Zmicier

Zdumienie wpełzło na twarz Michała – kiedy?  – zapytał odruchowo.

– Cztery lata temu. Najpierw przez rok się zastanawiałem, gdzie się ochrzcić…

– Hmm…

– I w końcu wybrałem kościół katolicki.

– Ho, ho gratuluję! – powiedział Michał

– Długo dumałem. Prawosławną wiarę jednak odrzuciłem. Nasza cerkiew jest pod jurysdykcją Moskwy. Nie ma autokefalicznej cerkwi prawosławnej, tak jak na przykład jest w Polsce. W cerkwi na Białorusi nigdy nie usłyszysz nabożeństwa czy kazania po białorusku. Dla tych popów to nie język. Dlatego wybrałem katolicyzm, gdzie mogę spokojnie modlić się po białorusku i uczestniczyć w nabożeństwach po białorusku. Chłopaki pojechali do hotelu, musieli już się streszczać ponieważ o 13.00 rozpoczynał się pierwszy panel. Michał obiecał Zmicierowi, że odzyska ten sweter darzony wielkim sentymentem. Wagon 7, miejsce  nr. 69 tam powinien znajdować się zmicierowy sweter. Skład porannego pociągu z Mińska odjechał na Zachodni i tam na jakiejś bocznicy stoi cały dzień, a wieczorem przez Centralny wraca do Mińska. – Jeżeli wyskoczę o 21.00 na Centralny to powinienem w podanym przez Zmiciera przedziale znaleźć jego sweter. – myślał Michał – No to spoko – powiedział do siebie i zagłębił się w fotelu. Na stole stało jeszcze pół „Bulbasza”. Uładzimir się nie patyczkował, przywiózł 0,75 litra. Michał wypił jedną pięćdziesiątkę, potem jeszcze jedną i wpadł na genialny jego zdaniem pomysł. Przecież i tak nie mam na razie nic do roboty. To lepiej teraz podjechać w stronę Zachodniego, odszukać białoruski skład i odebrać sweter. Zapakował do plecaka „Bulbasza” i pojechał.

Na bocznicach stało dużo polskich składów. Towarowe, „cowboyki”, piętrowe, SKM-ki. Sporo żelastwa. Niebieskiego, białoruskiego nie widział. Biegał po torach, aż złapał go sokista. – Stój! A ty co się mi tu po torach pałętasz? – zagrzmiał.

– A białoruski skład gdzie?!

– A to jeszcze za tym szarym budynkiem kawałek. Zaraz! Dokumenty mi dawaj!

– Pasporta niet! Pasporta niet! W pociąg! –  Michał zaczął pokazywać ręką w kierunku szarego budynku.

– A chuj! – machnął ręką sokista – A idźże sobie. Co ja tu będę jeszcze z jakimś Ruskiem się użerać. Najebanym na dodatek w biały dzień! Lepiej sobie spokojnie zapalę – wyciągnął „fajranta” i odpalił. Michał pobiegł.

Białoruski pociąg stał w odosobnieniu. Stanowił integralną część Republiki Białoruś. Nikogo tu nie było. Odnalazł wagon numer siedem. Drzwi były zamknięte. Uwiesił się okna, gdzie najprawdopodobniej powinien być przedział prowadnicy. Zdołał utrzymać się przy szybie trzy sekundy. Zdążył zobaczyć tańczącą postać w przedziale. Rzucił kamykiem w szybę. Do okna przylepiła się twarz prowadnicy. Wybuchowa mieszanka bałtyjsko – słowiańskiej urody. Długie blond włosy spięte w jeden gruby warkocz i jasna cera, która za moment spąsowiała. Poczuła się przyłapana na czymś czego nie chciała żeby ktoś oglądał. Dziewczyna poczuła się przyłapana na gorącym uczynku. No, bajka pomyślał Michał – Prowadnica po prostu kłass! – Otwórz okno! – krzyknął, jednocześnie pokazując rękami.

– Co trzeba? – zapytała prowadnica przez otwarte okno, robiąc przy tym maksymalnie srogą minę i modelując głos na ponury.

– Sweter! – mój kumpel zostawił w pani wagonie bardzo ważny sweter – mówił po białorusku, ale był święcie przekonany, że ona teraz myśli  jak świetnie rozumie język polski.

– W którym przedziale?

– Dokładnie nie pamiętam, trzeba przejrzeć wszystkie. Otwórz, wiem jak wygląda będzie szybciej.

Prowadnica zawahała się.

– Wie pani, że on w tym swetrze przyjął chrzest w ruskiej prawosławnej cerkwi. Cztery lata temu – mówił i patrzył w jej dekolt na którym dyndał złoty prawosławny krzyżyk.

– Dobra powiedziała prowadnica.

Wskoczył do wagonu i zobaczył na plakietce, że prowadnica ma na imię Natasza. – Jezu! – pomyślał – Taka soczysta, bałtyjska  i prosta, pewnie z obwodu witebskiego i jeszcze Natasza! Zaczął energicznie sprawdzać przedziały z Nataszą. Doszedł do przedziału z miejscem nr. 69 Przewertował go od góry do dołu. Swetra tam nie było! Stracił rezon, wyciągnął z plecaka „Bulbasza” i pociągnął z gwinta.

– Pamiętaj, to był bardzo ważny sweter – powiedział a „Bulbasz” wypity prosto z butelki wykrzywił mu twarz. Prowadnica Natasza wybuchnęła śmiechem. Zaraz się opanowała i powiedziała: – To dopiero połowa przedziałów.

– Fakt! – rzekł znacząco Michał – Szukajmy dalej!

Przeszukali resztę przedziałów, a swetra blin nie było!

– Zmicier, załamie się, mówię ci – Michał pociągnął „Bulbasza’ i już nie chował butelki do plecaka. Natasza rozłożyła ręce, a po chwili powiedziała: – Chodź ze mną – Zaprowadziła go do swojego przedziału. Wyciągnęła z szafki sweter Zmiciera. Michał który wcześniej pomyślał, ze sweter mógł naprawdę gdzieś szlag trafić, bez rauszowego aktorzenia z radości uniósł Nataszę do góry, poczym zaproponował braterskiego brudenszafta „Bulbaszem”. Co prawda Natasza protestowała ze względu na pracę, ale w końcu symbolicznie wypiła. Michał dopalony „Bulbaszem” zaczął Nataszy opowiadać o swoim projekcie fotograficznym pod roboczym tytułem „Prowadnice białoruskie na trasie Mińsk – Warszawa”. Że widzi Nataszę jako uczestniczkę sesji na peronie. Że jest to w ogóle projekt wspierany przez ambasadę Białorusi w Warszawie. I że gotowy cykl może wywołać sensację na przyszłorocznym konkursie World Press Photo. Ze zdziwieniem odniósł się do tego, że Natasza kursuje parę razy w tygodniu do Warszawy, a jeszcze nigdy nie była w mieście. Cały dzień spędzała na bocznicy w swoim przedziale. Po przekomarzali się na temat tego co wówczas robiła. Później gdy Natasza przyzwyczaiła się do bliskości Michała wyjawiła mu, że marzy o tym żeby pięknie tańczyć rumbę. Michał dał jej swój adres i telefon i zaprosił do odwiedzin w Warszawie. Obiecał zaprowadzić ją do szkoły rumby. Okazało się, że Natasza z większych miast znała jedynie Mińsk. Sama pochodziła z wioski, 15 kilometrów na północ od Mohylewa. Czas z prostolinijną Nataszą biegł nadzwyczajnie szybko. Nawet „Bulbasz” nie był w stanie go zatrzymać. Sielanka skończyła się o godzinie dwudziestej, kiedy Natasza musiała przygotować wagon do odjazdu. Kazała Michałowi wsiąść do jakiegoś przedziału i cicho siedzieć, jeżeli chce podjechać do Centralnego. Po paru godzinach spędzonych ze słowiańsko-bałtyjską Nataszą, jedynie „Bulbasz” ratował siedzącego w izolatce Michała przed wyjściem i kontynuowaniem obcowania z Białorusinką. Co mogłoby się dla niej źle skończyć. Kierownik pociągu pojawiał się co jakiś czas.

Na Centralnym wyskoczył z wagonu w cudownym swetrze Zmiciera, który założył na siebie profilaktycznie, żeby nie zapomnieć zabrać. Był tak zaaferowany, że nawet nie zauważył na piersiach mokrej plamy o kształcie kapusty, będącej mieszaniną „bulbasza” i polsko-białoruskich „soków”. Odwrócił się do nieosiągalnej teraz prowadnicy Nataszy, przesłał jej ręką pocałunek i krzyknął:

– Przyjeżdżaj! Pokażę ci Europę! – jej oczy uśmiechnęły się, reszta pozostała tak jak należy.

Padał pierwszy w tym roku śnieg. Michał przeskakiwał kałuże, aby suchą nogą dotrzeć do Kangurka. Wczoraj późnym wieczorem wpadła niespodziewanie Żenia. Miał pustą lodówkę. Biegł więc po jajka i parówki, żeby móc przygotować śniadanie Podróż Żeni do Rzymu przeciągnęła się na parę miesięcy. Spontanicznie trafiła jeszcze do południowej Francji, Hiszpanii i Portugalii. Pomimo końca listopada, jej skóra była ciemnobrązowa.

Gdy Michał przyrządzał śniadanie Żenia wybierała w laptopie zdjęcia ze swoich wojaży, które chciała pokazać Michałowi. Michał na tacy wniósł śniadanie.  Zaczęli jeść i oglądać zdjęcia. Koloseum, Plac św. Piotra, San Remo, Monte Carlo, Żenia na plaży naturystów to już Francja, Cannes, palmy, Marsylia… zdjęcia przelatywały… Zadzwonił dzwonek do drzwi. Michał poszedł otworzyć. W drzwiach stała Natasza w czarnych leginsach i krótkim białym futerku. Wyglądała jak śnieżka.

– Cześć! Przyjechałam do Europy, tak jak mówiłeś – uśmiechnęła się. Michała odrobinę przytkało, ale nie pokazał tego.

– No witaj Nataszo! Zapraszam. Wchodź do środka. Właśnie przygotowałem śniadanie. – pomógł jej wnieść walizkę. – Poznajcie się. To jest Żenia, a to Natasza. – dziewczyny podały sobie ręce. Coś bąknęły. Były z innych układów planetarnych.

– No dobra. – powiedział Michał – To wy tu sobie poplotkujcie, a ja pójdę zrobić kawę dla Nataszy i dosmażyć jajeczni.

W kuchni wrzucał jaja na patelnię i myślał. „Nie jest tak źle, mogło być zawsze gorzej. Ogarnę z nimi wszystko jak trzeba. A kto tam w sumie wie co tam w nocy może się zdarzyć? Przecież niezbadane są fantazje białoruskie. Badanie terenowe nad seksem jak dotąd robili tylko na Ukrainie. – uśmiechnął się do swoich żartobliwych dumek. Zadzwonił telefon. Odebrał.

– Cześć Michał! Ty cały czas mieszkasz tam gdzie mieszkałeś dwa lata temu? – usłyszał w słuchawce damski głos mówiący po białorusku.

– Tak. – odpowiedział – A kto mówi? – zapytał bo nie skojarzył osoby.

– Jak to Michał ?! Nie poznajesz starej, dobrej Swiety?

– Swieta?! A gdzie ty teraz jesteś?

– W Warszawie. A dokładniej w taksówce i jadę do ciebie.

– A co tam u ciebie słychać? Nie odzywałaś się dawno. – zapytał, zagaił Michał.

– Rozstałam się z „Torpedą”. Zaczynam nowy etap, chcę spróbować zacząć coś nowego w Warszawie. Pomożesz mi trochę?

– Pomogę.

– No to kończę, zaraz się zobaczymy. Całusy!

Michał wbił jeszcze parę jaj na rozgrzaną już dobrze patelnię. Był przepełniony miłością do Białorusi.

BIAŁORUSKIE PORNO

Wyszedł z pracy okutany szalikiem wokół głowy. Dzisiejszy niespodziewany mróz zaskoczył go zupełnie. Schodząc do metra wytrzymał jeszcze hulające tu przeciągi i wsiadłszy do zatłoczonego o tej porze pociągu w końcu zaczął odtajać. Po 20 minutach musiał znowu wyjść na piętnastostopniowy tego dnia mróz. Ale na krótko. Po dwóch minutach był już przy ulicy Hawajskiej, pod czternastopiętrowym blokiem w którym od dwóch miesięcy wynajmował mieszkanie.

Wsiadł do windy i wcisnął guzik z numerem siedem. Mechanizm dźwigu zaskoczył i winda ruszyła do góry. Przed oczami Tomka zaczęły przesuwać się numery kolejnych pięter: 1,2,3,4,5,6,7. Dni jego tygodnia przemijały podobnie. Bardzo płynnie i jednostajnie. Stabilna i równie nudna praca za pieniądze pozwalające wynająć mieszkanie z  sublokatorem na linii metra, nie głodować i czasem pozwolić sobie na rozpustę w stylu paru piw w knajpie na Nowym Świecie, kręgli i koncertów w „Stodole”. Od czasu rozstania z Olą w weekendy zaczął jeździć do rodzinnego Torunia. Mieszkał wtedy u mamy. Wieczorami spotykał się w knajpach z przyjaciółmi z lat liceum. Po paru sobotach udało mu się odświeżyć stare znajomości. Okazało się że wielu kolegów powraca do Torunia po latach spędzonych w Anglii i Warszawie. I tu ostatecznie układa sobie życie.

Nastąpiło niewielkie tąpnięcie i winda stanęła. Wysiadł i kluczem otworzył drzwi. Było to dwupokojowe mieszkanie. Pokoje przedzielone od siebie korytarzem i kuchnią z oknem, umiejscowioną na wprost wejścia. Taki układ mieszkania zapewniał całkiem znośne współegzystowanie dwóch osobników płci męskiej. Przy otwieraniu drzwi od swojego pokoju nie wpadało się na siebie. Było trochę osobistej przestrzeni potrzebnej każdemu mieszkańcowi RP. Mieszkanie wynajął sam, a później zaczął szukać współlokatora. Ogłosił się na „Gumtree”. Przyszło paru studentów, ale nie zdecydował się ze względu na widoczną w ich oczach chęć regularnego zapraszania do siebie innych studentów w celu wspólnego imprezowania. Było parę dziewczyn pracujących. Już nawet zdecydował się na jedną. Bardzo atrakcyjną i po rozmowie  sprawiającą wrażenie rozumnej. W końcu odmówił jej po tym jak wyobraził sobie, że codziennie rano będzie musiał wstrzymywać mocz, a kupę może nawet wozić do pracy, podczas gdy panna X będzie okupować łazienkę, aby zapracować na swój bardzo atrakcyjny wizerunek. Wybrał w końcu obcokrajowca, Wałodzię z Białorusi. Był to młody chłopak pracujący na etacie w Polskim Radio. Prowadził program informacyjny w jednym z kanałów tematycznych PR poświęcony w całości Białorusi. Tomek dokonując wyboru pomyślał, że to idealny wariant. Wałodzia miał stałe źródło utrzymania, często pracował i to w godzinach popołudniowych kiedy Tomek już wracał do domu. Wałodzia miał też narzeczoną Olenę – Ukrainkę, wynajmującą pokój w centrum Warszawy. Czasami nocowała u Wałodzi, ale i on często zostawał u niej na noc. Taki układ pasował Tomkowi. A to że Wałodzia mało dbał o porządek … np. jak coś zostawiał w kuchni to stało dotąd aż nie zgniło, to że korzystał z jego kubków, naczyń, herbaty przypraw i środków toaletowych… Tomek bagatelizował i usprawiedliwiał skażoną białoruską mentalnością przez sowieckie dziesięciolecia i panujący tam obecnie system  kołchozowy. Poczucie wartości prywatnej własności zanikło tam wraz z pojawieniem się kolektywizacji w latach dwudziestych XX wieku.

Otworzył drzwi i w jego uszy wtargnęła hałaśliwa ruska popsa, czyli tandetna rosyjska muzyka disco. W korytarzu zobaczył dziewczynę maszerującą z łazienki do pokoju Wałodzi w bokserkach i koszulce bez ramiączek.

– Prywitannie! – powiedziała – Jestem Hanna, koleżanka Wałodzi. Przyjechałam na sesję. Studiuję w Colegium Civitas. – powiedziała łamaną polszczyzną.

– Cześć! – odpowiedział Tomek, a panna Hanna kręcąc zamaszyście białoruskim zadkiem poszła do pokoju i ściszyła muzykę. Na tyle co zdołał ja oblukać, dostrzegł mocno zbudowaną figurę. Nie była gruba ale musiała mieć grube kości. Duże piersi, ale bez stanika nie sterczały jak u pań w magazynach dla panów. I poczuł bijącą od niej typową dla dziewczyn ze wschodu ekspozycję własnego ciała z lekką aczkolwiek wyraźnie zaznaczoną nutką golizny. Nie ważne w jakiej kondycji miały swoje ciała, bezwstydnie choć kawałek musiały wyeksponować.

Rozebrał się i poszedł do kuchni napić się soku marchwiowego. Ale soku już  nie było. Została tylko pusta butelka stojąca na lodówce niczym dekoracja. Panna Hanna pewnie pomyślała, że był to napój Wałodzi. W zlewie stał tłusty, kupiony przez Tomka w Ikei gar, na blacie kuchennym brudny nóż i deska do krojenia umazana resztkami jedzenia. Pierwsze co poczuł to antypatię do nieznajomej panny Hanny. Skoczył mu gul, że ktoś obcy paraduje po mieszkaniu za które płaci i używa jego prywatnych rzeczy, nie starając się nawet po sobie posprzątać. Na początku chciał nawet pójść i od razu ją opierdolić, ale pomyślał o uciskanych przez reżim łukaszenkowski Białorusinach takich jak panna Hanna. W TV ostatnio pokazywali newsa z Białorusi. Odpuścił. Nie chciał wyjść na satrapę.

Tomek wyjął z lodówki napoczętą wczoraj colę, wziął gula, spojrzał na kuchenny bajzel i poszedł z butelką do pokoju. Jego 12 metrów kwadratowych wyposażone było w szafę i regał z jasnej sklejki, identyczne jak w jego toruńskim mieszkaniu, gdzie spędził dzieciństwo i młodość. Dzięki takim meblom nie musiał oswajać się z nowym mieszkaniem. Czuł się tutaj z automatu naturalnie. Pod oknem umieścił materac, za duży jak na jedną osobę, ale argumentował sobie ten luksus faktem, że musi odespać lata przespane z Olą na wąskiej kozetce w mieszkaniu na Służewcu. Ściany gospodyni pomalowała na kojący pistacjowy kolor. Przy wolnej ścianie stało rachityczne biurko, ale zupełnie wystarczające do wieczornej pracy nad projektem. Tomek planował założyć stowarzyszenie Miłośników Ziemi Toruńskiej. Co raz realniej myślał o powrocie do rodzinnego miasta. Dlatego szukał alternatywnego sposobu utrzymania. Planował żyć z grantów UE. Popijając colę wertował strony organizacji europejskich, ministerstw, fundacji i stowarzyszeń.

Po mieszkaniu pląsała panna Hanna. Litr coli przelany z plastikowego pojemnika do żołądka, po jakichś fizjologicznych filtracjach znalazł się w końcu w pęcherzu Tomka. Udał się do toalety. Niestety nie dana mu była ulga. Białorusinka postanowiła wziąć prysznic. Starał się nie myśleć o potrzebie, ale z czasem przyciskało go coraz mocniej. Z łazienki dochodził szum prysznica, który potęgował chęć oddania. Szybę w drzwiach łazienki pokryła mgła pary. Tomek nie wytrzymując ciśnienia wziął pustą butelkę i celując jak snajper wypełnił ją w trzech czwartych. Gdy poczuł ulgę wrócił z pracy Wałodzia. 24 letni  Wałodzia o pogodnym zawsze usposobieniu przypominającym smajlowego jankesa, nucił białoruską pieśń patriotyczną i zzuwał buty. Na Białorusi sympatyzował z opozycyjną partią prawicową, dlatego mieszkając w Polsce popierał również partię prawicową. Według Tomka partią lekko obciachową, ale zresztą jak wszystkie inne ugrupowania polityczne. To, że Tomek pochodził z Torunia nie oznaczało również że był spowinowacony ze środowiskiem Radio Maryja. Do kościoła chodził średnio raz na dwa tygodnie.

Wałodzia zastukał do drzwi Tomka.

– Prywitannie Tomek! Co słychać? Jak ci minął dzień? – zagaił.

– Cześć! Wszystko bardzo okej – Tomek uśmiechnął się jak Amerykanin.

– To się cieszę! Przyjechała do mnie na parę dni znajoma z Mińska. Ma sesję. – powiedział i chciał już wyjść, ale odwrócił się ponownie do Tomka i powiedział – Słuchaj, jutro wieczorem ze znajomymi z pracy wybieramy się do łaźni w Ząbkach pod Warszawą. Założyli ją białoruscy biznesmeni, którzy musieli opuścić Białoruś. Jest to prawdziwa ruska bania, a nie jakaś prowizorka jak tutaj obok na basenie. Może wybrałbyś z nami?

– Zastanowię się, ale brzmi zachęcająco – powiedział Tomek.

Wałodzia zamknął drzwi. Tomek powrócił do wertowania Internetu. Przeglądanie portali organizacji pozarządowych z czasem staje się nużące. Dla rozluźnienia wszedł na Facebooka, Naszą klasę i obejrzał parę filmików na you tubie. Po godzinie i tym się zmęczył, a do opisów różnego rodzaju stowarzyszeń też już nie chciał zaglądać. Otępiony przez Internet położył się na swoim wielkim materacu. Leżał bez celu. Przez głowę przelatywały mu newsowe, bez sekwencyjne myśli: „zadzwoń jutro do kierownika i powiedz o sprzedażach, w szafie roi się stos brudnych slip, Ola przytulała się do mojego brzucha, w Toruniu mama siedzi w kuchni przed telewizorem i sama je kolację, baba z dołu, domofon, dwadzieścia pięć złotych…” Zza ściany gdzie mieściła się kuchnia zaczął dochodzić wyraźny głos Wałodzi.

– Tak Olena, ja w tej sprawie chodziłem dzisiaj do urzędu… Powiedzieli, że da się to załatwić … Ale w Warszawie jest to do załatwienia… Wróciłaś przed chwilą do domu? Aha… Zmęczona jesteś?… Tak będzie jeszcze parę dni, zanim nie przyzwyczaisz się do nowej pracy… A ja miałem dzisiaj gościa na żywo w studio. Wiesz kogo? … Tego białoruskiego poetę co kandyduje teraz na prezydenta… No! Dał mi po programie swój nowy tomik poezji ze specjalną dedykacją dla ciebie… No naprawdę niuńka! … Ściskam cię!… Jutro się widzimy… Kocham cię! Pa!

Zrobiło się cicho, a Tomkowi smutno. Poczuł się samotny. Uświadomił sobie, ze nie ma już bliskiej sobie osoby, która leżąc na przykład na jego brzuchu może dzielić się z nim bzdetami dnia codziennego. Wałodzia poszedł chyba do swojego pokoju. Tomek pochłonął się w  melancholii. Z pokoju Wałodzi zaczął dobiegać irytująco-rżący śmiech panny Hanny. Śmiech pojawiał się seriami w odstępach parominutowych. Tomek wstał i usiadł przed laptopem. Nie mógł się skupić więc wszedł na Facebooka i klikał w profile znajomych. Gdy był u znajomego Marcina Piekuta usłyszał delikatne pukanie. Do pokoju wszedł Wałodzia.

– Słuchaj Tomek – Wałodzia pocierał ręką swój kark – Mam do ciebie taką intymną sprawę – powiedział wieloznacznie. Tomek spojrzał na Wałodzię mając w oczach wielkie znaki zapytania.

– Masz może pożyczyć prezerwatywy?

Tomek wstał i sięgnął do szafki. Z kosmetyczki wyjął paczkę durexów. Podał Wałodzi pytając – Co ty będziesz ją pierdolić? Wałodzia spuścił wzrok i powiedział – Tak.

Wyszedł z pokoju. Tomek w pierwszej chwili usprawiedliwił Wałodzię. Przecież młody jest. To człon załatwia za niego pracę mózgu. Sam kiedyś zdradził Olę na imprezie integracyjnej, ale był wtedy nawalony w try pizdy! Kiedy przebudził się u boku Maryśki w domku fińskim w środku Borów Tucholskich to poczuł niesmak. I to nie spowodowany nocnym lizaniem spoconej pochwy, a faktem zaistniałej paranoi. Przecież z Olą układało się wtedy wszystko dobrze. Seks również. Spieprzył wtedy szybko od skacowanej Marychy. A tu? Premedytacja!

Poszedł do kuchni nalać sobie wody z czajnika, bo coś go suszyło tego mroźnego grudniowego wieczoru. Gdy nalewał wodę usłyszał stękanie panny Hanny. Oho! – pomyślał. Jeszcze nie zdążył Wałodzia wrócić z gumkami, a ta już  rytmicznie jęczy. Nie za głośno, ale też tak by być słyszalną poza pokojem. Miała to widać wyćwiczone. Tomek dałby sobie rękę uciąć, że robi to specjalnie, żeby słyszał. Wrócił do swojego pokoju i włączyła mu się wyobraźnia. Ujrzał białoruskiego pornosa, którego nigdy nie widział. A swoją drogą to i nigdy nie słyszał o takich białoruskich produkcjach. A teraz miał life! Pojawiła się erekcja. Post ostatnich wieczerzy na pewno w tym pomógł. Panna Hanna nadal rytmicznie skamlała. Wyobraźnia Tomka dorysowała jej suczy ogon. Położył się pod drzwiami i zaczął onanizować. Nagle Wałodzia krótko ryknął i nastąpiła cisza po czym można było usłyszeć irytujący śmiech panny Hanny. Jako, że Tomek znajdował się już w dosyć zaawansowanym stadium, a tu nagle wyłączono mu niesłychanie egzotyczną produkcję, receptory musiały coś przedsięwziąć i włączyły najbliższy filmik z Olą. I w takim towarzystwie skończył. Położył się spać z pornograficznym grochem z kapustą w głowie.